Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Bez tytułu.

Bez tytułu.

Znów jestem z nowym opowiadaniem... Hm, właściwie to dopiero. Jest dość długie, więc chyba można je uznać jako rekompensatę za miesiąc przerwy.
*- akapit.
Miłego czytania!
--------------------------

Prolog

*Jazda konna to moja pasja. Nigdy nie pragnęłam niczego tak mocno jak udziału w mistrzostwach.

Zawody miały się odbyć za piętnaście minut, a ja zamiast przygotowywać konia, miotałam się bezradnie. Łzy płynęły po moich policzkach, skrępowane ręce zaczęły sztywnieć.
A na górze toczyło się życie. Słyszałam stukot kopyt, krzyki. To sprawiało mi największy ból.
Wolałabym złamać nogę niż mieć świadomość, że jestem zdolna do wystartowania ale nie mam pozwolenia zupełnie mi nieznanych ludzi... Wszystko byłoby lepsze od słuchania stukotu końskich kopyt, wszystkich, oprócz konia, którego się posiada.
*Rzuciłam się na lewy bok, mając nadzieję, że jeśli będę się ruszała, to ktoś mnie usłyszy. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Po chwili uderzyłam z całym impetem w ścianę. Nie pomogło. Poczułam ostry ból w bokach. Wzbierały we mnie wściekłość, żal, strach, rozpacz i milion innych uczuć. Oprócz tych pozytywnych...
Opadłam na ścianę, tym razem już delikatnie, godząc się z klęską i ze świadomością, że oni niedługo wrócą.
------------------------------------

* Tata wrócił z pracy o tej porze co zwykle. W tym samym garniturze co zwykle, z tą samą torbą i w tych samych butach. Tylko w całkiem innym nastroju. Nawet nie widząc jego twarzy domyśliłam się, że coś musi być nie tak. Zdenerwowany, zamknął się w swoim gabinecie. Nie wyszedł nawet na obiad. To było dziwne. Bardzo dziwne.
*-Tato?- Zapytałam niepewnie, pukając w drzwi jego pracowni.
Widziałam, że przemieszcza się tam i z powrotem po pokoju. Jego cień tańczył niespokojnie na podłodze. Nie uzyskawszy odpowiedzi, weszłam do środka.
- Tato?- powtórzyłam.
Przystanął, a po chwili opadł na fotel.
- Wszystko w porządku?
- Po prostu miałem zły dzień. Tamta firma nadal nie oddaje nam pieniędzy.- Powiedział, nawet nie próbując się uśmiechnąć.
Postanowiłam darować sobie dobre rady. Gdy był zdenerwowany, nic na niego nie działało. Potrzebował jedynie czasu na przemyślenie swoich spraw.
- Rozumiem... Jesteś w stanie zawieźć mnie na trening?
- Jaki trening?
- Konie.- Rzuciłam tylko. Musiał mieć na prawdę koszmarny dzień, skoro zapomniał.
Wstał, by zasłonić rolety. Dzień był wyjątkowo słoneczny.
- Przepraszam. Nie dziś.
Zdziwiła mnie jego odpowiedź. Zawsze był chętny żeby podrzucić mnie do stadniny. Spojrzałam mu prosto w oczy, ale odwrócił wzrok, a potem wyciągnął jakieś papiery z biurka. To niewątpliwie był sygnał, że już skończył.
- Ok, pojadę autobusem.- Rzuciłam na odchodnym.- Do zobaczenia wieczorem.
*Wszyscy stawili się w stadninie punktualnie. To był ważny dzień. Nasza instruktorka Mischa Ellis miała wybrać pięć osób do startu w zawodach okręgowych. A stamtąd można było dostać się na stanowe. To był mój cel. Moje marzenie, dla którego spełnienia ciężko pracowałam. Wiedziałam, że jestem jedną z lepszych ale nie byłam pewna, czy zmieszczę się w zwycięskiej piątce...
*- Zajmijcie miejsca! Za minutę zaczynamy wyścig. Zasady znacie.- Przerwała moje przemyślenia Mischa.
- Tak jest!- Rozległy się zapewnienia.
*To była moja chwila prawdy, wielki test. Cholernie mi na tym zależało. I cieszył mnie własny entuzjazm. Kiedyś obracałam się w nieodpowiednim towarzystwie i nic mnie nie obchodziło. Nic się dla mnie właściwie nie liczyło... ale teraz kiedy odkryłam w sobie talent do czegoś innego od upijania się do upadłego, nie miałam zamiaru odpuścić. Gdy trenerka zakomunikowała start, kompletnie zatraciłam się w wyścigu. Wiedziałam tylko, że siedzę na koniu i że nie mogę tego spieprzyć. Czułam wiatr we włosach i pot zaczynający spływać po ciele. To było to.
Po jakimś czasie wzmnożonego wysiłku zauważyłam czarnego ogiera po swojej lewej. To Chris próbował mnie wyprzedzić. Nie pozwoliłam mu. Przyspieszyłam tak, że w pewnym momencie byłam pewna rychłego upadku. Jednak zamiast tego zobaczyłam linię mety.
Spokojnie, teraz tylko policzyć osoby przede mną.
Mia.
Georg.
Nie było nikogo innego. Na sto procent.
Cholera. Udało się... Na prawdę się udało!! Poczułam nagły przypływ euforii. Zeskoczyłam z Lindy i rzuciłam się w ramiona przyjaciół. Wprawdzie nie byłam pierwsza ale dostałam szansę na dalszy start i to się najbardziej liczyło. Po chwili dołączyły do nas dwaj pozostali zwycięzcy- Larry i Scott. Chris dotarł tuż za nimi, wyraźnie zawiedziony.
A ja przestałam się orientować w swoim szczęściu. Na prawdę warto żyć dla chwil, w których cieszę się, że nazywam się Lisa Grane.
Dwa miesiące później
*Mężczyzna krążył niespokojnie po gabinecie, pocierając w skupieniu brodę. Spojrzał na wściekle czerwony zegarek, wiszący nad drzwiami.
Powinien tu być piętnaście minut wcześniej....- pomyślał, marszcząc brwi. Spóźnienia stały na jednym z wyższych miejsc na liście rzeczy, które go drażniły.
Sekundę później ktoś energicznie zapukał do drzwi. Tak, to musiał być Darren. Nareszcie.
- Otwarte.- Zakomunikował jak zwykle. Gdy tylko ujrzał twarz kompana, rzucił:
- spóźniłeś się. Czy ty kiedykolwiek będziesz na czas?
Darren Kelton chyba nigdy nie zjawił się nigdzie na czas. Uśmiechnął się tylko ironicznie.
- Powinieneś grzać mój stołek od piętnastu minut.
- Hugh, mamy dużo czasu. I tak już skończyłeś pracę.
- Niektórzy chcieliby wrócić do domu.
Hugh Bartman, w odróżnieniu od Darrena, miał rodzinę. Żonę i syna.
- W takim razie przejdźmy szybko do rzeczy. Kto jeszcze jest nam coś winien?
- Trzy osoby. Pierwsza z nich to ta paniusia z przedmieść. Powinna zwrócić kasę wczoraj. Nie odbiera albo wyłącza telefon.
- Mhm... będziemy musieli ją przycisnąć. Pojadę do niej jutro. Kto dalej?
Bartman otworzył niewielki skórzany notes, z zamiarem przypomnienia sobie nazwiska.
- Szanowny pan biznesmen, ten z centrum. Dzwoniłem do niego już dwa razy- najpierw w dzień spłaty, a drugi raz godzinę temu. W obu przypadkach trząsł portkami jak wystraszony przedszkolak. Zarzekał się, że na pewno odda w terminie, a dziś powiedział, że ma sytuację awaryjną. Poinformowałem go, że ma czas do jutra do...- ponownie zajrzał do notatek- dwudziestej.
- Świetnie. Otatnia osoba?
- To ten, który tak działa mi na nerwy. Najbardziej zalega z kasą i najbardziej zarzeka się, że na pewno ją odda, ale termin minął mu trzy dni temu. Wyznaczyłem mu ostateczny- mija również za trzy dni. Jeśli wtedy nie zobaczę tej kasy, to rozwalę mu łeb, bez względu na to czy uznasz to za stosowne, Darren.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Niewiele obchodziło go życie ludzi, ktorych praktycznie nie znał. Nie miał nic przeciwko pakowaniu kulek w głowy, byle tylko nie musiał za to odpowiadać.
- Ok, zajmij się paniusią, ja pojadę do tego biznesmena, a potem zobaczymy co z panem denerwującym. Jeśli nie wywiąże się z umowy, będziemy musieli obaj złożyć mu wizytę.
Bartman miał na myśli okradanie dłużnika. W takich przypadkach zabierali tyle, ile mogło pokryć straconą sumę, potem wszystko sprzedawali i odzyskiwali forsę. Na końcu ładowali komu trzeba kulę w głowę i znikali. Wszystko z perfekcją. Nikt nie mógł ich wyśledzić.
- Popieram. - Oznajmił Kelton.- Daj mi znać, w razie czego wezmę glocka.- Dodał jeszcze, poczym zniknął za drzwiami gabinetu.
*Był zdenerwowany. Znów krążył po swoim gabinecie, gorączkowo zastanawiając się skąd wziąć pieniądze na spłatę długu. Wiedział, że nieźle się wpakował. Cierpliwość tych dwóch niedugo się wyczerpie i Bóg wie co mogą zrobić... Zachciało mu się nielegalnych długów. Kto normalny uważa, że takie się opłacają? Rozważał możliwość pożyczki od znajomych albo rodziny ale szybko ją wykluczył. Zaczęliby pytać od kogo pożyczył taką sumę, a jeśli by się wygadał, zadzwoniliby na policję. A wtedy ci mężczyźni prędzej rozwaliliby mu łeb niż dali się złapać. Na kredyt z banku nie miał co liczyć. Koszmarna sytuacja. Nigdy w życiu tak się nie bał
*- Lisa Grane na stanowisku dziewiątym!- Usłyszałam głos spikera, który na razie przydzielał miejsca zawodnikom. Sam wyścig miał się odbyć za niecałe dwie godziny. Dopadła mnie mała trema, więc poszłam do stajni, popatrzeć na mojego konia. Obserwowanie Lindy zawsze mnie uspokajało. Za każdym razem tak samo się nią zachwycałam.
- Piękna jesteś, piękna.- Chwaliłam klacz, głaszcząc ją po pysku.- Hej... ale strasznie obkurzona.
Rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że zapomniałam szczotki... a chciałam ją wyczyścić teraz, żeby tuż przed wyścigiem było mniej pracy. Na szczęście wujek John, który pracował w tej stadninie dał mi kluczyk do niewielkiej piwniczki pod stajnią. Pomyślałam, że może tam się coś znajdzie, więc ostrożnie zeszłam na dół. Zapaliłam światło ale żarówka strasznie migała i trudno było cokolwiek zobaczyć.
Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Przyszło mi na myśl, że to może ktoś z personelu, a wtedy wujek miałby problemy. W końcu nie powinnam posiadać tego kluczyka, ani grzebać w tej piwniczce. Zamarłam. Niczego więcej nie usłyszałam, więc po kilku minutach się poddałam i zaczęłam wspinać z powrotem. Nikogo nie było widać...
- To pewnie któryś z zawodników...- stwierdziłam w myślach.
A potem zauważyłam jakichś mężczyzn wchodzących do piwniczki. Jeden z nich zasłonił mi usta dłonią, nim zdążyłam krzyknąć i przerzucił sobie przez ramię. Wniósł mnie z powrotem do pomieszczenia, rzucił na ziemię tak mocno, że chętnie zaczęłabym piszczeć i zakleił usta taśmą. Teraz nie miałam szans na wołanie o pomoc. Po chwili razem skrępowali mi ręce i nogi, a resztę liny owinęli wokół ciała. Nie wiedziałam co się działo i kim byli ci mężczyźni. Czułam tylko ból.
- No, mała, trochę tu poczekasz.- Odezwał się wyższy z moich oprawców, poczym obaj wyszli, wcześniej zabierając mi klucz i zamykając drzwi.
O co w tym wszystkim chodziło?!
*Nigdy nie pragnęłam niczego tak mocno jak udziału w mistrzostwach.
Zawody miały się odbyć za piętnaście minut, a ja zamiast przygotowywać konia, miotałam się bezradnie. Łzy płynęły po moich policzkach, skrępowane ręce zaczęły sztywnieć.
A na górze toczyło się życie. Słyszałam stukot kopyt, krzyki. To sprawiało mi największy ból.
Wolałabym złamać nogę niż mieć świadomość, że jestem zdolna do wystartowania ale nie mam pozwolenia zupełnie mi nieznanych ludzi... Wszystko byłoby lepsze od słuchania stukotu końskich kopyt, wszystkich, oprócz konia, którego się posiada.
*Rzuciłam się na lewy bok, mając nadzieję, że jeśli będę się ruszała, to ktoś mnie usłyszy. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Po chwili uderzyłam z całym impetem w ścianę. Nie pomogło. Poczułam ostry ból w bokach. Wzbierały we mnie wściekłość, żal, strach, rozpacz i milion innych uczuć. Oprócz tych pozytywnych...
Opadłam na ścianę, tym razem już delikatnie, godząc się z klęską i ze świadomością, że oni niedługo wrócą.
*- Gdzie jest Lisa, do jasnej cholery?!- Krzyczała Mischa Ellis.
Mia, Georg, Larry i Scott nie mieli pojęcia. Wszyscy wzruszyli ramionami.
- Czy ktoś jej szukał?
- Tak, rozglądaliśmy się trochę, ale nigdzie jej nie widać.- Powiedziała Mia.
- Rozglądaliśmy się trochę!- Przedrzeźniła ją trenerka.- Mieliście się pilnować, kogo ja teraz za nią wystawię?!
Nikt nic nie odpowiedział.
- Biegnijcie jej szukać! Macie pięć minut!
*Darren i Hugh podjechali pod tyły stadniny kiedy już wszyscy zajęli się zawodami. Jednak na wypadek postanowili wyprowadzić dziewczynę rozwiązaną, by to wszystko nie wyglądało podejrzanie. Żeby ewentualni świadkowie myśleli, że Lisa jedzie z nimi z własnej woli. Świetny plan, jak zwykle.
- Słuchaj, mała, wyprowadzimy cię teraz i wsiądziemy do samochodu.- Zaczął Darren.- Jeśli zaczniesz wrzeszczeć, zabijemy ciebie a potem twoich starych.
Dziewczyna bezsilnie kiwnęła głową. Nie zorientowała się, że przecież gdyby zaczęła krzyczeć, wszyscy zobaczyliby kto chce zrobić jej krzywdę, albo spróbowali pomóc. Groźba była groźna i ze względu na stres wydała jej się sensowna. Kelton i Bartman doskonale o tym wiedzieli. Wyszli na zewnątrz i wsiedli do mercedesa.
*Będąc na dworze, spojrzałam w stronę stadionu. Widziałam pędzące konie... I puste dziewiąte stanowisko... Łzy mimowolnie popłynęły po moich policzkach. Tak o tym marzyłam, a powstrzymali mnie jacyś bandyci, których w życiu nie widziałam. Niewidzialny kolec wbił się w moje serce... Nie wiedziałam dokąd mnie wiozą i co chcą mi zrobić. Nie miałam pojęcia czy kiedykolwiek wystartuję jeszcze w jakichś zawodach. Co się działo z Lindą? Czy trenerka i znajomi z wyścigu bardzo się martwili? Moje rozmyślania przerwało szarpanie. Znów poczułam, że wiążą mi ręce i naklejają taśmę na usta i nogi. Któryś z mężczyzn znów zarzucił sobie mnie na plecy. Szli tak szybko, że niewiele widziałam, z resztą łzy przesłoniły mi cały krajobraz.
A potem poczułam przeszywający ból.
*Zapłakany mężczyzna raczej nie przejmował się, że nie wygląda na prawdziwego mężczyznę. Żona wyprowadziła się od niego, kiedy tylko poznała prawdę. Teraz stał sam w najbardziej ponurym miejscu ze wszystkich dotąd mu znanych. Wiedział, że na to zasłużył. Wiedział, że zawiódł wszystkich, na których mu zależało, włącznie z sobą samym. Wiedział także, że zasłużył na tak ogromną stratę. Nie potrafił zrozumieć tylko jednego... co ona zawiniła? Czy musieli ją w to mieszać? Dlaczego to nie jego imię nie widniało teraz na nagrobku?
Spojrzał raz jeszcze na zimny marmur.
Lisa Grane
ur. 12. 9. 1991
zm. 4. 4. 2008 śmiercią tragiczną
Niech spoczywa w pokoju.

Zginęła za to, że on narobił sobie długów, wpakował się w kłopoty. Postanowili odebrać mu najbliższą osobę, żeby bardziej cierpiał. Był pewien, że już nigdy nie zazna szczęścia.

Praying for love (...) and paying in naivety



Goodheart. 6/04/2009 18:06:55 [Powrót] Komentuj



o łooo... może czytało się bez wielkiego napięcia i strachu, ale za to zakończenie było... no... dobre! takie właśnie powinny być zakończenia - żeby trzeba się ich było domyślać! gratulejszyn. Ogólnie stylistycznie również bardzo dobrze, nie licząc "groźnej groźby", bo osłabiła to wszystko nieco :D ogólnie rzecz ujmując: mi się podobało!
kurzaj 7/04/2009 18:06:41
adpq45.neoplus.adsl.tpnet.pl | brak www IP: 79.185.124.45

mrozi krew w żyłach... brrr.. teraz nie zasnę ;x
jurand ze spychowa aka jorguś spych 6/04/2009 22:12:54
77-254-9-18.adsl.inetia.pl | brak www IP: 77.254.9.18

Świetne *__*.
Gratuluje talentu ;*
Wentzowa 6/04/2009 20:32:10
public-gprs60089.centertel.pl | brak www IP: 91.94.107.145