Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Adwokacka paranoja.

Adwokacka paranoja.

Kolejna porcja nudy ;) Wesołego jajka!!

Prolog


Rozległo się pukanie do drzwi. Zerknął na duży ścienny zegar- było grubo po północy, a na ekranie telewizora toczyła się akcja jakiegoś kryminału. Przewrócił się na bok, przestając przejmować się tym, że leży w fotelu i tym, że ktoś dobija się do jego domu. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie jego oddechem i tykaniem zegara.
Puk puk!
Tym razem pukanie stało się ciągłe i głośniejsze. Wydawało mu się nawet, że słyszy jakiś głos. W końcu niechętnie podniósł się z fotela i ruszył w stronę drzwi.
- Niech to szlag..- Wymamrotał, zerkając przez szybkę na zewnątrz.
I najzwyczajniej w świecie odebrało mu mowę. Przeciętny nastolatek określiłby to pewnie słowami "zatkało go".
- Otworzysz, czy nie?!- Z otępienia wyrwał go kobiecy głos. A jednak mu się nie przesłyszało.
Szybkim ruchem przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi na oścież.
- Musisz mi pomóc.- Powiedziała od razu przybyszka, patrząc mu prosto w oczy.
----------------------------


Jego dzień wcale nie zapowiadał się wyjątkowo. Marc Gweeneth- adwokat z przedmieść Nowego Jorku, podjął się niedawno nowej sprawy i postanowił poświęcić ten dzień na ustalanie linii obrony. Wyłączył wściekle dzwoniący budzik i usiadł na łóżku, obserwując wątłe promienie słońca, wpadające do pokoju przez szpary w żaluzjach. Jego laptop aż się prosił, by go włączyć i popracować. Mając to na myśli, Marc szybkim krokiem udał się do kuchni i zajął się przygotowywaniem śniadania, jednocześnie po raz kolejny analizując położenie oskarżonego. Mężczyznę w średnim wieku oskarżono o morderstwo z premedytacją. W nocy zabił swojego brata, zadając mu parenaście ciosów nożem. Najciekawsze było to, że oskarżony nie był pod wpływem żadnych środków odurzających i że wcale nie pamiętał zdarzenia. Obudził się rano na podłodze obok porzuconego noża i zwłok brata. Tak przynajmniej twierdził.
Marc westchnął, poczym wepchnął sobie do ust kawałek bekonu. Miał dziwne wrażenie, że jego klient nie jest z nim szczery, a zależało mu na szybkim ustaleniu linii obrony. Odciski palców oskarżonego na nożu, którym zabito jego brata, były chyba wystarczającym dowodem,że dopuścił się zbrodni. Jednak zaraz potem zdał sobie sprawę, że ktoś mógł zabić w rękawiczkach. Albo odcisnąć dłoń niewinnego mężczyzny na nożu.
Aż się palił do rozpoczęcia pracy nad tą cholerną obroną.
Szybko dokończył jedzenie i zaczął poszukiwania telefonu. W końcu znalazł go leżącego pod swoim łóżkiem.
Dobrze..-pomyślał- że w sprawach zawodowych nie pozwalam sobie na takie niezorganizowanie.
Chwilę potem umówił się na spotkanie z sędzią, by prosić o powołanie biegłego w celu określenia poczytalności swojego klienta- Jonathana Marksa. Kolejny telefon, jaki wykonał był oczywiście do oskarżonego. Szybko i zwięźle, bez zbędnych wyjaśnień i tłumaczeń, powiadomił go o swojej decyzji. Nie lubił prowadzić długich rozmów przez telefon. Cenił sobie umiejętność spoglądania ludziom w oczy.
Analizował całą sprawę, robiąc notatki na komputerze. Do spotkania z sędzią zostały dwa dni ale po prostu nie mógł niczego nie robić. Być może to, że długo myślał nad położeniami swoich klientów czyniło go najlepszym adwokatem w okolicy? Niektórzy zastanawiali się czego on właściwie na okrągło szukał w jednej historii. Nie wiedział czy Marks był poczytalny, czy też nie. Otóż Gweeneth rozważał różne możliwości. Takim sposobem znał sprawy lepiej niż własną dłoń. Zawsze zwarty i gotowy. Pracował do późna, potem udał się do salonu i to było wszystko, co pamiętał.
Zdał sobie sprawę, że zasnął na fotelu. Gdy się obudził to była jego pierwsza myśl. Drugą zaś było zarzucenie sobie nadmiernego lenistwa. Przecież miał ponownie wszystko sprawdzić i przygotować się do tego ustalania niepoczytalności... Ostatnią myślą, a właściwie spostrzeżeniem był fakt, że ktoś lub coś musiało go obudzić. On nigdy nie budził się bez powodu. Nie mylił się. Rozległo się pukanie do drzwi. Zerknął na duży ścienny zegar- było grubo po północy, a na ekranie telewizora toczyła się akcja jakiegoś kryminału dla dorosłych. Przewrócił się na bok, przestając przejmować się tym, że leży w fotelu i tym, że ktoś dobija się do jego domu. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie jego oddechem i tykaniem zegara.
Puk puk!
Tym razem pukanie stało się ciągłe i głośniejsze. Wydawało mu się nawet, że słyszy jakiś głos. W końcu niechętnie podniósł się z fotela i ruszył w stronę drzwi.
- Niech to szlag..- Wymamrotał, zerkając przez szybkę na zewnątrz.
I najzwyczajniej w świecie odebrało mu mowę. Przeciętny nastolatek określiłby to pewnie słowami "zatkało go".
- Otworzysz, czy nie?!- Z otępienia wyrwał go kobiecy głos. A jednak mu się nie przesłyszało.
Szybkim ruchem przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi na oścież.
- Musisz mi pomóc.- Powiedziała od razu przybyszka, patrząc mu prosto w oczy.
- Jesteś cała mokra.- Zauważył, obserwując ją jak wiesza swój płaszcz na wieszaku obok drzwi.
- Nie wzięłam parasola.
Kobieta odwinęła z szyji brązową apaszkę i włożyła ją do rękawu płaszcza. Przeczesała palcami włosy do ramion, koloru dojrzałego kasztanu, i rozejrzała się po wnętrzu.
- Jane, powiedz mi, błagam, wytłumacz mi, co ty tu do cholery robisz.
Momentalnie przeniosła spojrzenie na rozmówcę.
- Zjawiasz się po pięciu latach, w środku nocy i wparowywując do mojego domu, oznajmiasz, że potrzebujesz pomocy.- Odezwał się znów Marc.- Chyba czegoś tu nie rozumiem.
- Zaraz..zaraz wszystko Ci wyjaśnię.- Obiecała, nieco tracąc swój entuzjazm.- Pozwól..
- No tak, wejdź.- Rzucił z roztargnieniem.
Jane ruszyła za nim, zatrzymując się raz po raz, by mężczyzna mógł pozbierać parę rzeczy rozrzuconych na podłodze.
- Usiądź.- Odezwał się w końcu Gweeneth, wskazując jej jasny fotel.
Posłusznie opadła na siedzenie i spojrzała na niego wyczekująco, jakby czekając na pozwolenie do zabrania głosu.
- Może się czegoś napijesz? Kawy, herbaty..nie wiem, wody..
- Dziękuję.- Odmówiła.- A teraz posłuchaj.
- Tak, przejdź wreszcie do rzeczy. Zamieniam się w słuch.
- Marc, ja .. nie wiedziałam do kogo się z tym zwrócić. Jedynie ty przyszedłeś mi na myśl. Wiem, ja na prawdę wiem, że nie zasługuję na Twoją pomoc, ale nie znam innego adwokata. Musiałam do Ciebie przyjechać..
- Adwokata?- Przerwał.- Do czego zmierzasz?
- Zabiłam człowieka.
Gweeneth poczuł się jakby ktoś spowolnił jego poczynania. Jej proste, krótkie wyznanie całkowicie wybiło go z rytmu. Miał wrażenie jakby te dwa okrutne słowa dotarły do niego parę sekund po faktycznym czasie.
- Jane...- Zaczął, pocierając dłonią czoło.
A ona się rozpłakała. Siedziała tam, w środku nocy, na fotelu w mieszkaniu adwokata i płakała, przyznając się, że kogoś uśmierciła.
- Na cholerę, Jane, co ty wygadujesz?
- S..słyszałeś..ś. Zabił..a..m człowieka. Odcisnęłam palce jego brata na nożu i... uciekłam.
Marc zerwał się z miejsca, o mało nie strącając ze stołu pustej szklanki.
- Co?!- Wykrzyknął, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Kobieta nadal łkała, tusz zaczął rozmazywać się na jej policzkach.
- Czy to Lawrence Marks?- Spytał, patrząc jej prosto w oczy.
Znów nic nie powiedziała. Szybko schowała twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach.
- Czy to był Lawrence Marks?- Stanowczym tonem ponowił pytanie. Musiał poznać prawdę.
- Tak.
To, co usłyszał, nie mieściło się w jego głowie. Oparłwszy się o parapet, zamknął oczy.
- O Boże..- Wyszeptał.- O mój Boże..
Jane nieco się uspokoiła. Nie zmyła nawet rozmazanego makijażu, tylko nadal siedziała w fotelu, obecnie sącząc mocną kawę. Marc zaś zasiadł na siedzeniu na przeciwko.
- Wytłumaczysz mi w końcu jak do tego doszło?- Odezwał się po chwili.
Kobieta drżącą ręką postawiła kubek na stoliku, poczym odchrząknęła i na chwilę się zamyśliła.
- Byłam związana z Lawrence'm Marksem.- Wyznała.- On wręcz mnie ubóstwiał..ale ja w końcu zaczęłam się dusić w tym chorym związku. Domyśl się..
- Zerwałaś.- Odrzekł krótko.
- Tak, właśnie..ale on nie potrafił się z tym pogodzić. Podczas jednej z nieplanowanych rozmów nieco się rozpędziam i powiedziałam mu parę przykrych słów. Na początku myślałam, że sprawa została wreszcie zamknięta. Odszedł i już nie próbował nawiązać ze mną kontaktu. Myślałam, że tak zostanie.. ale się myliłam.. Pewnego dnia napadł mnie. Normalnie, w ciemnej uliczce. Był z paroma innymi mężczyznami. Zostałam pobita, a on zagroził, że jeśli doniosę policji, zabije mnie. Próbował mnie zmusić, bym do niego wróciła. Groził mi...
Nie chciała od razu mówić dalej. Marc uspokajająco położył na jej dłoni swoją.
- Bardzo się bałam.- Odezwała się w końcu.- Doszłam do wniosku, że się nie uwolnię. Póki żył..no właśnie; Póki żył mógł zrobić ze mną, co chciał. Wpadłam w szał. Wzięłam tylko nóż i pojechałam do jego domu. Mieszkał sam, nie pomyślałam, że ktoś do niego przyjdzie. Na początku szło jak po maśle. Weszłam, zaczęłam udawać, że chcę do niego wrócić i zadźgałam go zwykłym nożem..ale potem zjawił się ten cały Jonathan. Spanikowałam. Jedyne, co wtedy przyszło mi do głowy to mu przywalić. Zemdlał, a ja odcisnęłam jego palce na narzędziu zbrodni. I uciekłam.
- Jane. Jane, w co ty się wpakowałaś..- Powiedział półtonem.
Kobieta znów wybuchnęła płaczem.
- O Boże, Marc, o Boże...- Załkała.- Nie wiem.. nie wiem co we mnie wstąpiło. Wiem tylko, że ta akcja z Jonathanem była strasznie głupia. Ale wcale nie żałuję, że Lawrence nie żyje.
Wbił w nią zdziwione spojrzenie.
- Rozumiesz? Nie żałuję. Żałuję tylko jednego- że to ja pozbawiłam go życia. I że to ja mogę mieć kłopoty.
- W takim razie po co mi to powiedziałaś? Po co się przyznajesz? Nikt cię nie widział. Nikt nawet nie domyśliłby się, że to byłaś ty.
- Nie znasz mnie? Nieważne, co zrobię, zawsze się przyznaję..
- Jane, ty zabiłaś człowieka.- Szepnął, patrząc jej prosto w oczy.- Nie ukradłaś mleka ze sklepu. Nie uderzyłaś staruszki. Zabiłaś człowieka.
Mijały kolejne minuty. Marc stał zamyślony przy oknie, wpatrując się w zachmurzone niebo. Nie było ani jednej gwiazdy. Jane zasnęła w fotelu, uprzednio dławiąc się łzami. Przez chwilę zastanawiał się czy też nie powinien się zdrzemnąć, ale szybko zrezygnował z takiej możliwości. Nie potrafiłby zmrużyć oka, a poza tym musiał poczekać, aż kobieta się obudzi. Jakby na to nie patrzeć, znajdował się w jednym pomieszczeniu z morderczynią. Nie, nie, nie. Nawet nie mógł sobie wyobrazić, że Jane, Jane Yell byłaby zdolna, żeby go zadźgać. Nie chodziło tylko o to, że znał ją z innej strony, nie chodziło nawet o to, że kiedyś był w niej zakochany na zabój, a może i wciąż jest. Wydawało mu się to nielogiczne. Najpierw przyszła prosić o pomoc, a potem chciałaby pozbawiać go życia? Chociaż z drugiej strony..gdyby się go pozbyła, byłaby to także strata dla Jonathana. W końcu musiałby znaleźć innego obrońcę, a nie było lepszego w całym mieście. Nie..przecież sprawa by się odwlekła i Marks...
Gweeneth przerwał rozmyślania. Zmierzały do nikąd i zaczynały go dekoncentrować. Tak, czy inaczej wolał nie zasypiać. Czy chciał, czy nie, jego gość był średnio bezpiecznym towarzystwem.
- Powiedz mi..jak sobie wyobrażasz ciąg dalszy tej sprawy?- Spytał Marc.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. To ty jesteś adwokatem.
- Na Boga, Jane! Posłuchaj..Możesz w ogóle się nie pojawiać. Nie przyznasz się i tyle. Zapomnimy, że coś takiego się wydarzyło.
- Nie!- Wykrzyknęła, zrywając się z miejsca.- Nie rozumiesz, ja tak nie mogę! Niewinny człowiek stanie przed sądem, może nawet go skażą, a ja będę żyła, jakby nic się nie stało?!
- Dobrze.- Westchnął.- Druga możliwość jest taka, że się przyznasz. Zeznasz i wsadzą cię do pudła.
Przez chwilę panowała absolutna cisza.
- I to ci odpowiada? Chcesz gnić za kratkami, może nawet całe życie?
- Nie wiem. Marc, ja na prawdę nie wiem. Tamten człowiek nie może dostać wyroku.
- W takim razie pozostaje trzecia możliwość. Trochę ryzykowna.
- Mów.- Ponagliła kobieta.
- Nie wtrącasz się, a ja wygrywam sprawę i Jonathan zostaje uniewinniony.
Sprawa Jonathana Marksa nie była łatwa. Mark, ocierając pot z czoła, wszedł do łazienki, a następnie zamknął się w kabinie. Zostało mu jeszcze kilka minut przerwy i miał zamiar skontaktować się z Jane. Wybrał jej numer tak samo szybko, jak nacisnął czerwoną słuchawkę.
Co za kretyn z ciebie! A jak ktoś usłyszy?! Świetny adwokat, do cholery...- Przeklinał się w myślach.
Napisał " ciężka sprawa, ale raczej dobrze idzie. I tak uważam, że nie powinnaś się ujawniać." poczym na wszelki wypadek wykasował wiadomość, opuścił łazienkę i szybkim krokiem udał się z powrotem na salę sądową. To była chyba pierwsza sprawa tego typu. W każdej innej wydałby winnego, by ratować swojego klienta.
Dał z siebie wszystko. Chyba jeszcze nigdy aż tak się nie starał. Zaginał argumentami przeciwną stronę, wyciągał najdrobniejsze szczegóły, tak by jednocześnie nie dać pretekstu do kontrargumentu. Żadna częśc tej sprawy, która mogłaby posłużyć przeciwko Marksowi nie mogła zostać poruszona. W końcu sędzia zamknął rozprawę. W czasie trwana ostatniej przerwy odebrał dwie wiadomości od Jane. Czuł miłe ukłucie w sercu, kiedy jej imię pojawiało się na wyświetlaczu. To się dobrze nie zapowiadało. Pamiętał co przeżył i wcale nie chciał do tego wracać. Tylko, że to wszystko jakoś zaczynało się dziać wbrew jego woli...
Potrząsnął głową, zasłaniając dłonią czoło, jakby chcąc odgonić natrętne myśli.
To jest rozprawa. Zaniedługo dowiesz się czy wsadzą twojego klienta do paki, a ty myślisz o starej miłości?!
Myśli nie składające się w całość strasznie go rozpraszały. Był spięty do końca przerwy. A to zdarzało mu się niezwykle rzadko...
Zamknął oczy przed usłyszeniem ostatecznego wyroku.
- ... Uznaje Jonathana Marksa za niewinnego dokonanego przestępstwa.
Z trudem powstrzymał się od krzyknęcia z radości. Udało się! Uniewinnili Marksa, a do tego Jane nie musiała się ujawniać. Wręcz idealnie. Przecisnął się przez tłum dziennikarzy tak szybko, jak tylko mógł. Okazało się, ze sprawa była głośniejsza niż myślał.
Obejrzała relację sprzed sądu na żywo. Od początku wiedziała, że skontaktowanie się z Gweenethem będzie dobrym pomysłem. Na prawdę był taki świetny, jak mówili. Nie mogła się doczekać kiedy zobaczy jego samochód pod swoim domem i oficjalnie mu podziękuje.
I znów to ukłucie w sercu. Zaparkował samochód pod domem Jane, ale nie od razu z niego wysiadł. Przez chwilę patrzył bezmyślnie przed siebie, bardziej zajęty tym co było w jego głowie, niż tym na co skierował wzrok. W bardzo krótkim czasie dopuścił do siebie myśl, że nigdy nie przestał jej kochać, że kochał ją od momentu w którym się poznali, poprzez jej odejście i pięć samotnych lat... aż do teraz. Do jej powrotu, w jakichkolwiek okolicznościach on nastąpił. Ktoś mądry powiedział, że nie kocha się za coś, tylko wbrew wszystkiemu. On tak kochał. Teraz to wiedział. I chociaż wydawało mu się, przynajmniej na początku po tym, jak go zostawiła, że jej nienawidzi, że uczucie zniknęło, to teraz przekonał się, że to jakaś kompletna bzdura. Szybko wyszedł z samochodu i zapukał. To miała być jego kolejna chwila prawdy tego dnia. Otworzyła mu parę sekund po tym, jak uderzył pięścią w jej drzwi.
- Wygrałeś.- Powiedziała, szeroko się uśmiechając.
Odwzajemnił uśmiech, czekając na jej dalsze słowa.
- Gratulacje Marc. Wiedziałam, że dasz radę. Dziękuję.- Dodała, całując go w policzek.
Nie wybaczyłby sobie przegapienia takiej szansy. Wziął jej twarz w dłonie i przesunął tak, by ich usta się spotkały. Nie obchodziło go to, że ktoś może ich zobaczyć. Poczuł ulgę, jakby kamień spadł mu z serca. Tak bardzo za nią tęsknił, tak bardzo...
- Marc?
Teraz to ona trzymała jego twarz w dłoniach, tyle, że wyciągnięta na długość ramion.
- Jane, ja nie mogłem...
- Proszę, nie kończ...- Przerwała, patrząc mu prosto w oczy.- Wiem, co chcesz powiedzieć.
Jej ręce opadły. Marc uważnie przyglądał się jej twarzy. Nie chciał zobaczyć na niej niechęci... Niestety to wszystko mogłoby być zbyt piękne, aby było prawdziwe.
Ona tego nie chciała. Nie chciała jego. To oczywiste, że przestała go kochać już dawno... Dlaczego łudził się, że mogłoby być inaczej?
- Przepraszam...- Szepnęła.
Pokiwał głową na znak, że rozumie. Nie mógł dalej na nią patrzeć. Odrzucenie, które będzie mu się z nią kojarzyć do końca życia, wręcz raziło go w oczy.
Odwrócił się, szybkim krokiem dotarł do samochodu i równie szybko odjechał. Do rana nie wrócił do domu.

Seasons change but people don't...

 



Goodheart. 10/04/2009 22:31:56 [Powrót] Komentuj



Jako, że masz mnie w ulubionych zapraszam na nowy rozdział.
NaoNi 10/05/2009 20:30:51
aabj241.neoplus.adsl.tpnet.pl | brak www IP: 83.4.35.241

Mi się podoba. Fakt, że nienajlepiej znasz się na prawie nie jest znaczący, gdyż niewiele tam prawa było. Jeśli chodzi o jaki taki błąd "rzeczowy" - czyli coś co mi psuło realizm sytuacji - to fakt, że ta dziewczyna uderzyła brata w głowę, więc znaleźliby jakieś siniaki, więc byłby dowód na to, że i on został napadnięty. Taka byłaby moja rada, gdybyś miałą zamiar tio wysłać, to w miejscu gdzie jest mowa o jego odciskach palców dodać, że równocześnie mimo tego jest możliwość obrony, że sprawa nie jest taka jasna, bo np. obdukcja lekarska ujawniła, że brat został obezwładniony. To byłby jakiś argument... ogólnie sprytna dziewczyna :D opowiadanie mi się oczywiście podobało!
kurzaj 17/04/2009 17:35:14
adpk14.neoplus.adsl.tpnet.pl | brak www IP: 79.185.118.14

przebiegła suka.
na początku nawet mi się spodobała, przez to przyznanie się do winy. ale teraz... ja pierdzielę, babo xD
genialnaś, świetnaś.
co prawda było dosłownie kilka zdań, które jakoś tak dziwnie brzmiały, ale nie będę ci teraz wyszukiwać, całokształt się liczy xP
lecę czytać resztę, bo trochę tego napisałaś a ja o. znam tylko pierwsze 2.
xD
dawaj następne!
divsko 14/04/2009 12:18:30
bdc51.neoplus.adsl.tpnet.pl | brak www IP: 83.27.244.51