Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Dwie strony monety.

Dwie strony monety.

Hej! Jak widać, tytuł mało atrakcyjny ale weny troszkę było, więc postanowiłam coś spłodzić. Oto to coś macie okazję czytać. Nie jest to jakieś wielkie odkrycie ale od czegoś trzeba zacząć powrót do świata po kryzysie "twórcy" xD pozdrawiam!
Opowiadanie dedykuję najukochańszemu tańczącemu angliście psychologowi ;*, pewnej Kurzajce :) i Ani, która pod żadnym pozorem nie jest Anną.
---------------------------------------------
Kiedy byłam małą dziewczynką, rodzice urządzili mi przyjęcie urodzinowe. To były chyba moje siódme urodziny. Przyjechała cała rodzina, nawet ci z daleka. Patrzyłam na nich wszystkich, zadzierając głowę. Zastanawiałam się co od kogo dostanę. Kolorowe torebki, w których przynoszono prezenty, były pierwszymi rzeczami na jakie zwracałam uwagę. Nie rozumiałam wówczas co jest na prawdę ważne. Z resztą nie rozumiałam większości tego, co mówili. Nie wiedziałam niczego o życiu i jak każdemu dziecku, nie przeszkadzało mi to.
- Och, jaka ona jest śliczna!- Zachwyciła się tęga blondynka. Mama wytłumaczyła mi, że to ciocia Teresa. Od początku kojarzyła mi się z pudlem- nie wiem dlaczego.
- Dzień dobry, ciociu.- Powiedziałam grzecznie, od razu przyglądając się prezentowi.
- Dzień dobry.- Odrzekła z uśmiechem, poczym przykucnęła i zaczęła składać mi życzenia.
Już po chwili mogłam udać się do salonu i położyć prezent obok innych. Chciałam otworzyć je przy wszystkich. Byłam taka dumna, że cały stosik paczek należy do mnie. Jednak nie wszyscy jeszcze przyjechali, musiałam więc zaczekać, a trzeba dodać, że nie należałam do cierpliwych dzieci. Chodziłam tam i z powrotem, liczyłam gości, wypatrywałam. Kiedy trochę ich jeszcze przybyło, spytałam taty, czy mogę już obejrzeć moje prezenty.
- Są już wszyscy?- Zapytał, rozglądając się po salonie.
- Brakuje jeszcze tylko wujka Leona.- Powiedział dziadek Filip.
Jak na komendę do salonu wkroczył wysoki mężczyzna z długimi, ciemnymi włosami i mama. Wyglądała przy nim jak ja przy tacie.
- O wilku mowa!- Wykrzyknął tata, poczym przywitał się z nowoprzybyłym. Uścisnęli sobie dłonie i poklepali po plecach.
- Marek, stary byku!- Zaśmiał się mężczyzna, a po chwili dodał- a oto i nasza solenizantka! Cześć mała.
Spojrzałam na niego nieco wystraszona. Długie włosy kojarzyły mi się z indianami, których zawsze się bałam. Mama szepnęła, że to bardzo miły wujek i żebym powiedziała mu "dzień dobry".
- Dzień dobry, wujku.- powiedziałam cicho, a on się zaśmiał.
- Nie bój się mnie, mała. Przyszedłem się tu zabawić, a nie cię straszyć.
Rozbawiły mnie jego słowa. Zachichotałam, przykładając piąstkę do ust. Wujek Leon pogłaskał mnie po głowie i poszedł przywitać się z resztą rodziny. Chyba wszyscy go lubili, jednak jednocześnie wyglądali jakby się bali, że powie coś zbyt szokującego. Obserwując go, zastanawiałam się dlaczego niczego mi nie przyniósł. W tym samym czasie rodzice przypomnieli mi o stercie podarunków. Ochoczo więc zabrałam się do rozrywania pierwszej paczki, zapominając o zmartwieniu.
Jako, że umiałam już czytać, odczytałam wszystkie życzenia dołączone do prezentów. Życzono mi zdrowia, pomyślności ( tylko czym ona miała być?), ciepła ze strony otaczających mnie ludzi ( pomyślałam, że to pewnie w zimie, kiedy wszyscy noszą ciepłe kurtki) czy uśmiechu na twarzy. Radzono, bym pomagała bliskim, bo w życiu chodzi o przyjaźń albo żebym uczyła się pilnie bo najważniejsze jest wykształcenie (rany, czy oni wszyscy uważali mnie za słownik trudnych wyrazów?) Za to ze strony wujka Leona nie doczekałam się powtorki tych słów.
- Też mam coś dla ciebie- oznajmił, podchodząc do mnie jako ostatni.
Z zaciekawieniem przyjrzałam się mu od góry do dołu.
- Nie masz nic w rękach.- Zauważyłam nieśmiało.
Roześmiał się po raz kolejny tamtego dnia, poczym odezwał się ponownie- mam w kieszeni. Proszę.
Podał mi podłużny papierek z wypisanej na nim cyfrą. To był banknot. Zaczęłam obracać go w dłoniach.
- Pamiętaj mała- w życiu chodzi tylko o pieniądze.- Powiedział. Zamyślił się potem na moment, jakby przypomniał sobie o czymś przykrym.
Popatrzyłam mu w oczy. Wydawało mi się to dziwne. Jak ludziom mogło chodzić o jakieś papierki? Wprawdzie wiedziałam, że nimi płacono, ale banknot, którego mialam w rękach, nie wyglądał szczególnie zdumiewająco. Wiedziałam też, że i małe srebrne oraz złote krążki to pieniądze- widziałam jak mama wyciągała je z portfela w sklepie. One też specjalnie nie zwróciły mojej uwagi. Mogłam kupić sobie dzięki nim na przykład lizaka ale chyba ludzie nie byli aż tacy dziwni, żeby kłócić się o lizaki albo makaron na niedzielny obiad. Tak więc o co chodziło wujkowi?
- Kiedy zrozumiesz, koniecznie mnie odwiedź.
- Dobrze, wujku.- Zgodziłam się, nadal niecałkiem pewna czy wiem o co chodzi.
Uśmiechnął się szeroko, poklepał mnie lekko po ramieniu i odszedł, by coś zjeść. Schowałam banknot do kieszonki sukienki, nadal zamyślona. Jednak parę sekund później zwabiło mnie widać coś ciekawszego, bo całkiem zapomniałam o pieniądzach.
Dziewięć lat później rzadko zdarzało mi się myśleć o słowach wujka Leona, choć odwiedzałam go całkiem często. On także nie poruszał tego tematu, uśmiechał się tylko czasem smutno, gdy trzymał w rękach banknot o takim samym nominale, jaki podarował mi na siódme urodziny. Zazwyczaj mieliśmy ciekawsze tematy do poruszenia. Rozmawialiśmy niemalże o wszystkim. O polityce, o języku, o muzyce, a nawet o modzie. Wujek wiedział wszystko o wielu zespołach rockowych- to o nich opowiadał mi najczęściej. W swoje, można powiedzieć, wykłady wplatał ciekawe elementy z innych dziedzin. To od niego nauczyłam się ważnych pojęć, sposobów wypowiadania się na forum, a także sposobów zachowania w trudnych sytuacjach. Zawsze uważałam go za swój autorytet. Jego wiedza mi imponowała, motywowała mnie do tego, by dowiadywać się o tym wszystkim, o czym on wiedział.
- Opowiadałem ci już może...- Zaczął pewnego dnia- moją historię miłosną?
- Nie.- Odrzekłam po krótkim namyśle.- Ale chętnie posłucham. Uwielbiam historie miłosne!
Zawsze najchętniej czytałam romanse, ale sama mało wiedziałam o miłości.
- Ta nie jest szczęśliwa.- Mówiąc to, zasmucił się na chwilę. Nalał sobie kieliszek brandy i usiadł na przeciwko mnie.
Zapanowała cisza. Czułam, że to on powinien ją przerwać. Wbiłam wzrok w jego kolekcję książek, by nie wywierać na nim presji. Gdyby widział, że na niego patrzę, mógłby zacząć nie tak, jak chciał. Nie lubił być do czegokolwiek przymuszanym. W końcu pociągnął łyk trunku i odezwał się słowami:
- To było jakieś... dwadzieścia lat temu. Tak, dwadzieścia, miałem dziewiętnaście lat. Nadeszła wiosna, a na wiosnę, jak to na wiosnę- kwitnie miłość. Wszyscy moi znajomi umawiali się na randki, chodzili z dziewczynami za ręce i pokazywali się z nimi na imprezach, żeby wszyscy wiedzieli, że są razem. Nie trwało to długo... Ja nie dałem się ponieść temu wiosennemu, powiedziałbym, obyczajowi. Nie podobało się się wychwalanie się fałszywą miłością. Wiesz, choć wyglądałem trochę groźnie- tak jak teraz nosiłem długie włosy, ubierałem się na czarno, nosiłem podarte trampki i koszulki z logami zespołów rockowych, to marzyłem o wielkim uczuciu.
- Takim na całe życie?- Wtrąciłam nieśmiało. Nigdy się o to nie gniewał, ale nie lubiłam mu przerywać.
- Dokładnie...
- I co było dalej?
Upił kolejny łyk brandy, poczym kontynuował:
- Wszyscy mnie wyśmiali, ale nie dbałem o ich zdanie. Z resztą teraz też nie przejmuję się głupim gadaniem i zachowaniem.
Uśmiechnęliśmy się do siebie pojednawczo. To była jedna z jego najbardziej charakterystycznych cech.
- Pewnego dnia wybrałem się na wieczorny spacer. Miałem męczący dzień, a chodzenie po mieście zawsze mnie uspokajało. Zamyślałem się i szedłem przed siebie albo siadałem w parku. Tak wiem, ubrany na czarno chłopak wśród zieleni- niezła szopka.- Uśmiechnął się szeroko, pewnie przywołał ten obraz do pamięci.- W każdym razie tamtego dnia spacerowałem po centrum. Było wyjątkowo spokojnie, aż tu nagle zza rogu wybiegła jakaś dziewczyna. Wpadła prosto na mnie, krzycząc coś niezrozumiale. Hej, hej, spokojnie- powiedziałem do niej- co się stało? Wyjaśniła mi, że się zgubiła i ktoś chciał ją napaść. Wrzeszczała, że wciąż za nią biegnie. Wyglądała, jakby złodziejaszków było dziesięciu. W tym momencie nadbiegł jakiś łysy chłopak średniego wzrostu, ale zwolnił, gdy mnie zobaczył. W porównaniu do niego wyglądałem jak olbrzym. Wahał się chwilę, ale w końcu zbliżył się, zrobił groźną minę i krzyknął do tej dziewczyny, żeby, cytuję "wyskakiwała z kasy". Dorzucił coś, że mam się odsunąć bo słtucze mnie jak psa. To mnie tylko rozśmieszyło. Powiedziałem mu, że jest słaby, skoro trenuje boks na psach. Wściekł się i rzucił na nas.
- O kurcze... Obroniłeś tą dziewczynę?- Spytałam podekscytowana.
- Oczywiście. Dostał w pysk dwa razy i uciekł, jak wcześniej wspomniany pies z podkulonym ogonem.
Tym razem to ja nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Jego ostatnie zdanie dosłownie mnie powaliło.
- Chyba ci przerwałam. Przepraszam, kontynuuj.
- Drobiazg.- Machnął ręką.- Na czym to skończyłem...ah tak. Ta dziewczyna stała oniemiała i sztywna jak cegły w garażu mojego dziadka. Chwilę potem wykrztusiła z siebie, że bardzo mi dziękuje, że to było takie a śmakie, same superlatywy. Roześmiałem się tylko. Nic takiego- zapewniłem i zaprosiłem ją do kawiarni, żeby się odstresowała. Zgodziła się. Ruszyliśmy przed siebie, ja się jej przyglądałem, ona cały czas mówiła. Gesty, jakie wykonywała rękoma były całkiem zabawne. I sposób w jaki odgarniała włosy także. Nie od razu jednak zwróciłem uwagę na jej ubranie- ciemne, tak jak i moje.
- Miłość od pierwszego wejrzenia?
Odchylił głowę do tyłu, utkwił wzrok w suficie i uśmiechnął się lekko, ale po chwili jakby posmutniał.
- Myślę, że tak.
- I co? Zaczęliście się umawiać? Kiedy spotkaliście się drugi raz i gdzie?- Zasypałam go pytaniami. Zazwyczaj, jak wspomniałam, nie przerywałam mu w opowiadaniu, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać.
- W sumie nie. A właściwie tak ale dopiero kiedy uratowałem ją ponownie.
- Co takiego?
- Parę dni później spotkałem ją prawie w tym samym miejscu. Wtedy akurat nie uciekała, ale niosła siatkę pełną jabłek. Z daleka można było zauważyć, że lada chwila pęknie ale ona tego nie widziała. Szła zamyślona, zapatrzona w niebo. Niestety się potknęła i upadła, a wraz z nią na ziemii znalazły się te nieszczęsne jabłka. Szybko podbiegłem, pomogłem jej wstać i załatwiłem nową siatkę na zakupy. Od tego zdarzenia stwierdziła, że muszę częściej nad nią czuwać.
- Romantycznie! Co jest takiego smutnego w tej historii?
- To dalsza część.- Oznajmił.- Kiedy zostaliśmy parą wszystko się zmieniło. Oczywiście nie od razu... Nie, nie. Na początku świata poza nią nie widziałem. Myślałem, że ona czuje to samo ale okazało się, że to wszystko było zwykłym kłamstwem. A wiesz dlaczego?- Zapytał, nieco podnosząc głos. Wyczułam w tym pytaniu cierpienie, choć pewnie chciał wyrazić gniew.
Pokręciłam przecząco głową.
- Bo chodziło o kasę.
- Ale jak... jak ona...
- Ten napad wcale nie był przypadkiem, moja droga. Obserwowała mnie, widziała gdzie idę. Namówiła znajomego, żeby udawał, że chce ją okraść. Niestety ich plan trochę się nie powiódł- gosć nie miał zamiaru oberwać. Cóż... Przygoda z jabłkami też ukartowana. Laura- bo tak miała na imię- po prostu dowiedziała się, że pochodzę z dość bogatej rodziny, a że ona potrzebowała pieniędzy...
- Niemożliwe...To było takie piękne...- Zasmuciłam się. Zawsze udzielały mi się emocje wuja Leona.
- Albo wydawało się, że było piękne.- Poprawił mnie, kończąc swoje brandy.- Było, minęło i nie wróci.
- Od tamtego czasu nie miałeś już żadnej kobiety...
- Zgadza się.
Wiedziałam, że niełatwo wybacza, ale czy dwadzieścia lat to nie było trochę za długo? Powiedziałam mu to.
- Najwidoczniej nie. Nie potrafię o tym zapomnieć. Kochałem osobę, która ulokowała uczucia w moich pieniądzach...
- Bardzo, bardzo kochałeś.- Podsumowałam cicho.- Inaczej byłoby ci latwiej i być może znalazłbyś już nową kobietę.
- Dostałem kopa.
Uśmiechnął się smutno, poczym zaczął przechadzać po pokoju. Nie dodał nic więcej do swojej opowieści. A ja zrozumiałam o co chodziło w słowach z przed dziewięciu lat...
- Nie chcę cię zniechęcać do miłości.- Powiedział wujek na pożegnanie.- Tylko uważaj. Cholernie uważaj... lepiej żebyś załowała pieniędzy, niż uczucia.
Obiecałam sobie wtedy, że nigdy nie dam się oszukać. Wyobraziłam sobie co czuł wuj Leon. Nie chciałam tego przeżywać.
Będziesz ze mnie dumny, wujku- pomyślałam, poczym z lekkim uśmiechem ruszyłam przed siebie.



Goodheart. 19/05/2009 17:07:04 [Powrót] Komentuj



Masz talent, kobieto. Nie powinno się zazdrościć talentu, więc udam, że Ci nie zazdroszczę :P Świetne to opowiadanie, takie... mądre. Ma mądre przesłanie, o.
Pozdrawiam!
Wentzowa 19/05/2009 19:16:49
public-gprs77368.centertel.pl | brak www IP: 91.94.175.152

mówiłem Ci już że będziesz WIELKA!! Pisarko :*:* wciąż mnie zaskakujesz^^ :)
"nothin' can make U stop U gonna get the top" :*
cichy wielbiciel xD :* 19/05/2009 17:29:20
77-254-1-251.adsl.inetia.pl | brak www IP: 77.254.1.251