Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Zapchlona Ameryka

Zapchlona Ameryka

Lauryn Hill szczerze nienawidziła USA. Uważała, że jest zepsute do szpiku kości. Nie miała pojęcia dlaczego jej brat Chad postanowił zrobić karierę właśnie tu. Wprawdzie to było ich rodzinne państwo, ale z jej strony nie było mowy o patriotyźmie i nie rozumiała dlaczego z nim było odwrotnie. Nie widziała żadnych znaczących perspektyw życia w Ameryce, choć wszystkim wydawało się właśnie, że tylko w niej można żyć na pełnych obrotach. W USA byli wszyscy. Najbardziej znani aktorzy, piosenkarze, prezydent i Bóg wie kto jeszcze. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Pragnęła wyjechać gdzieś, gdzie nie było takiej różnorodności, komercji, a przede wszystkim zakłamania.
- Kocham Amerykę!!!!- Krzyczał Chad, unosząc drinka w górę.
Wszyscy śmiali się, tańczyli albo po prostu robili z siebie idiotów. Jedno nie wykluczało drugiego.
Tak, typowa amerykańska impreza...- pomyślała z przekąsem, przyglądając się z obrzydzeniem na wpół rozebranej blondynce i jej równie ohydnemu chłopakowi. Lauryn przyszła tylko dlatego, że zespół jej brata świętował wydanie pierwszej płyty. Inaczej leżałaby w łóżku z książką albo tworzyła coś swojego na komputerze.
- Hej, dlaczego tak sama siedzisz?!- Krzyknął jej do ucha brat.- Nie zabawisz się na naszej imprezce?!
- Wybacz, Chad, ale chyba nie.- Odpowiedziała od razu, poczym dopiła drinka i wyszła.
Kochała brata ale siedzenie tam na mus przestało ją bawić.
Popełniła wiele błędów w życiu, a jednym z nich było to, że nie zdecydowała się zrobić sobie prawa jazdy. Postanowiła zdać ten egzamin. Oczywiście nie w Ameryce. To byłaby kolejna pomyłka. Jadąc taksówką, wyglądała przez okno, próbując wypatrzeć coś niezwykłego. Coś, co przyciągnęłoby jej uwagę, tak jak pozostałych patriotycznych obywateli. Jednak niczego takiego nie zauważyła. Czuła, że dłużej nie zniesie swojego dotychczasowego życia.
Zapłaciła taksówkarzowi, który wyglądał jakby nie czesał się przez dwa dni. Zapewne myślał, że nieład na głowie to świetny wabik na kobiety. Taak, tu niemal każdy twierdził, że jest czystym wydaniem męskości. Wywróciła oczyma, chyba sama dla siebie, bo nikt nie mógł tego zobaczyć, poczym ruszyła w stronę domu. Było około pierwszej w nocy. Latarnie, które stały wzdłóż drogi nadawały się do wymiany żarówek. Niektóre świeciły, inne migały, a jeszcze inne nie miały zamiaru uruchomić się tej nocy. I kto powiedział, że w Ameryce jest idealnie?
Dobra, nigdzie nie jest ale...- pomyślała- cholera, Lauryn, zaczynasz pleść bez sensu. USA...
- USA stało się twoją chorobą!!!
Przystanęła, przestraszona. Czy mówiła na głos? Czy ktoś wdarł się do jej myśli i mu się nie spodobały? Kto mógł mieć dostęp do jej umysłu?
-... Twoją fobią, Bryan!!
Czuła się jakby zaraz miała zwariować. Po chwili ciszy zdała sobie sprawę, że to nie do niej kierowane są krzyki. Ktoś zwracał się do jakiegoś Bryana... Przywarła do muru, którego mijała.
- Przyznaję, nie rozumiem cię! Wcale! Nie wiem... Bryan, ja nie mam pojęcia dlaczego pałasz taką nienawiścią do własnego kraju!!
- Niezmiernie się cieszę, że znalazłem kogoś, kto wie, co czuję.- Usłyszała ironiczną odpowiedź drugiego mężczyzny.- Owszem, niczego nie rozumiesz. Nie widzisz tego zepsucia, fałszu i przesytu. Ja widzę. I wiesz co ci jeszcze powiem? Nie-na-wi-dzę tego.
- Nigdy przecież nie...
- To wy uważaliście, że jest mi tu dobrze. Ty i ojciec, Lance. Tylko wy. Czy którykolwiek kiedykolwiek pytał mne o zdanie? Oczywiście, że nie! Bo i po co! A ja nie chcę tutaj zostać!!
- Bryan...
Antyfan USA znów przerwał swemu rozmówcy.
- Nie chcę wiedzieć co o tym myślisz. To moje życie. Wreszcie to zrozumiałem. Jestem pełnoletni i nie obchodzi mnie wasze zdanie. Już nie...
Zaległa głucha cisza. Lauryn nie słyszała nawet oddechów, jak wywnioskowała, braci.
- Dobrze...- Odezwał się wreszcie niejaki Lance.- Nie będę cię do niczego zmuszał. Tylko dobrze wiesz jak zareaguje ojciec kiedy...
- Wiesz gdzie to mam?
Po kolejnej chwili niewypełnionej słowami, mężczyzna powiedział do Bryana:
- Ja... Przepraszam.
- Chyba powinieneś już pójść.
Choć nie widziała gdzie stoją, była niemal pewna, że Lance skinął głową. Parę sekund później usłyszała, że coś cicho powiedział. Potem rozległy się kroki. Oddalały się, aż w końcu wszystko ucichło. A potem ktoś stanął z nią twarzą w twarz.
- Kim jesteś? Podsłuchiwałaś nas?
Na chwilę zapomniała jak się oddycha.
- No wstawaj! Hej!- Krzyczał jej ktoś nad uchem.- Mam za dużo problemów, żeby jeszcze nieznajome mdlały mi pod nosem!
Otworzyła oczy. Nigdy wcześniej nie widziała mężczyzny, który próbował ją ocucić. Był szczupły i wysoki, ale nie imponująco. Falowane włosy koloru dojrzałego kasztanu sięgały prawie do ramion. Po jego rysach twarzy trudno było snuć domyślenia na temat charakteru- nie były ani ostre, ani łagodne.
- Obeznany w sprawach pierwszej pomocy, co?- Zagaiła, wstając. Nie podał jej ręki.
- Dowiem się po co tu stałaś?- Spytał, puszczając jej uwagę mimo uszu.
No cóż, zbyt miły to on nie był.
- Przechodziłam i przystanęłam bo...
- Dobra, dobra, nieważne. Tak na przyszłość to trochę nie na miejscu, podsłuchiwać czyjeś rozmowy.- Przerwał, ruszając przed siebie.
- Poczekaj!- Zawołała, ruszając za nim.- To nie tak, że... Z resztą posłuchaj, ok?
Szedł dalej ale po kilku sekundach się zawahał.
- No więc...- Zaczęła, zauważając, że wreszcie się nią zainteresował.- Jak już mówiłam, przechodziłam tędy, kiedy nagle was usłyszałam. Tyle, że... to było trochę niezwykłe. Bo ja.. nienawidzę Ameryki. Jak się okazało, z tych samych powodów, co ty. Akurat o tym myślałam. W pewnym momencie zaczęłam się ganić, że USA jest moją chorą obsesją i wtedy w myśli wszedł mi... Lance?
Kasztanowowłosy skinął głową. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Myślałam, że oszalałam. Dokończył zdanie, które zaczęłam w myślach. Trafił w temat z taką precyzją, że.. że nie mogłam po prostu sobie pójść. Okazało się, że mamy ten sam problem.
- Nie nazwałbym tego tak.
Powstrzymała się od uniesienia brwi. Ten mężczyzna był zgryiźliwy i zupełnie niekontaktowy ale miał w sobie coś, co intrygowało. Nie mogła odejść. Czuła, że nie może tego zrobić.
- Nazywaj sobie jak chcesz, Bryan.
- Słyszałaś moje imię.
- Tak. Ja... jestem Lauryn.- Powiedziała, podając mu dłoń. Nie ujął jej.
- Zachowaj trochę uprzejmości, do diabła! Nie znam cię ale chyba coś z tobą nie tak.- Wybuchnęła nagle niczym bomba zegarowa- Ja też nienawidzę Ameryki! Tylko, że nie zamykam się na ludzi, którzy myślą podobnie. Uważam je za bratnie dusze. I jeśli jesteś taki wspaniały w pojedynkę to... Z resztą nieważne. Nie wiem po co łudziłam się, że uda mi się nawiązać z tobą kontakt. Cholera, idź do diabła.
Najpierw poczuła, że przesadziła. Jednak potem przestał ją obchodzić ten dziwny człowiek. Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
- Lauryn! Poczekaj!- Usłyszała nagle.
Niechętnie się odwróciła.
- Ja... No, masz rację. Przepraszam. Zacznijmy od nowa. Jestem Bryan i nienawidzę tego kraju.
- Tak się składa, że ja też.- Rzuciła kpiąco.
- To jak? Wymiana numerów, a jutro pogadanka o tym jaki to patriotyzm jest do dupy?
Zaskoczył ją nagłą zmianą nastroju. Po chwili wydobyła z siebie tylko:
- Zgoda.
Czekała w małej kawiarni, z oburzeniem zerkając na zegarek. Bryan spóźniał się już dziesięć minut. To niedopuszczalne, żeby kobieta musiała czekać na mężczyznę.
Rany, to nie jest randka... Poza tym na pewno ma jakiś powód...
A jeśli kłamał? A co jak...
- Przepraszam za spóźnienie, Lauryn.- Usłyszała nagle.
- Bulwersujesz mnie od pierwszego normalnego spotkania.
Uniósł brwi. Ironiczny uśmiech czaił się w kącikach jego ust.
- Nieważne.- Stwierdziła, machając ręką.- Może lepiej usiądziesz?
Zajął miejsce na przeciwko niej. Zamówił tylko wodę z lodem i cytryną. Zupełnie jak ona. Zawsze ją kupowała, kiedy było gorąco.
Rozpoczęła rozmowę, dziwnie ciekawa jak do tej pory toczyło się życie jej rozmówcy. Opowiedział jej o lekceważącej pozycji w rodzinie. Mówił o ojcu i bracie, którzy nigdy nie pytali go o zdanie, którzy, jak to ujął "widzieli tylko to, co widzieć chcieli". Stworzyli sobie wizję, w której Bryan był szczęśliwy w Ameryce. On bał się przeciwstawiać, nie chciał ich zawieść, sprawić im przykrości.
- Nie myślałem o sobie... tylko o tym jak dogodzić ludziom wokół.- Ciągnął.- Ale to się zmieniło. Chcę wreszcie zrobić coś dla siebie.
Na chwilę odpłynął, jakby zatapiając się we wspomnieniach. Zamknął oczy i splótł palce, przez co wyglądał jak podczas modlitwy. W końcu dodał:
- Wiem, że teraz jestem trochę... złośliwy, potrafię ranić słowem... Kiedyś nie byłem sobie tego w stanie nawet wyobrazić. Ja po prostu jeszcze dokładnie nie rozeznałem się w nowej sytuacji. Może pogubiłem się w samodzielności.
Przyglądała mu się uważnie. Tego dnia na jego twarzy malowały się uczucia, o których mówił. Kto by pomyślał, że potrafi się tak otworzyć... Jakby odpowiadając, mężczyzna powiedział:
- Cholera, co ja robię... Dlaczego ci to wszystko mówię?
- Słucham?- Zdziwiła się.
Zmienność z pewnością wliczała się w poczet jego cech.
- Ja.. za bardzo się otworzyłem. Nie wiem... przecież widzę cię drugi raz i...
- Bryan.- Przemówiła spokojnie.- Uspokój się. Pamiętasz co wczoraj mówiłam? Że traktuję ludzi o podobnych poglądach jak bratnie dusze. Czuję, że mamy wiele wspólnego.
- Skąd mogę wiedzieć czy nikomu o tym...
- Nie mam znajomych. Jedyna przyjaciółka okazała się być wredną żmiją.
Spojrzał na nią z lekkim niedowierzaniem.
- Nikomu o niczym nie powiem. Bo po co? Z resztą ufam ci. Cholera, zaufałam ci już wczoraj. Chyba wyczułam, że nie jesteś taki zły na jakiego próbowałeś się kreować.
- Czytasz mi w myślach, czy jak?- Zaśmiał się po chwili, a ona mimowolnie się uśmiechnęła.- Zaintrygowałaś mnie. Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. Powinniśmy trzymać się razem.
Niemożliwe. Czy to na pewno była ich druga rozmowa? Miała wrażenie, że urwał jej się film. Może to i dobrze...
Dwa tygodnie później Lauryn i Bryan byli już dobrymi przyjaciółmi. Dziewczyna nie pamiętała z czyim zdaniem ostatnio zgadzała się w stu procentach i z kim potrafiła rozmawiać tak długo nawet o niczym. To był najszczęśliwszy przypadek w jej życiu. Pomyślała, że to nie może skończyć się w tym kraju. Nie wyobrażała sobie, że będą się przyjaźnić do końca życia w USA. Z resztą dziwił ją fakt, że jeszcze nie zaproponował wyjazdu, przecież właśnie o tym marzył gdy podsłuchała jego rozmowę z bratem. To nie było miejsce dla żadnego z nich. Postanowiła poruszyć ten temat podczas jednego ze spotkań. Siedzieli wtedy w jej ogrodzie przy ognisku. Wydawał im się mniej amerykański od grilla. Lauryn uśmiechnęła się do siebie na myśl, że już obaj zwariowali.
- Bryan?
- Tak?- Spytał, przeciągając sylaby. Był zajęty dokładaniem drewna.
- Ostatnio tak sobie pomyślałam... no, że... Chyba nie poznaliśmy się, żeby zgnić w Ameryce.
Jego twarz przez chwilę nie wyrażała żadnych emocji, zupełnie jakby zdrętwiała.
- Co masz na myśli?- spytał wreszcie.
- Przecież dobrze o tym wiesz.- Odrzekła, nieco zdenerwowana jego reakcją. Oczywiście, że wiedział, skąd więc to dziwne zachowanie?- Myślę o wyjeździe.
- Nie jesteś jeszcze pełnoletnia.
Mówił tak jakby była małą dziewczynką, choć sam był tylko dwa lata starszy.
- Ty owszem.
- I co z tego? Mam wyjechać sam? A nie mógłbym cię zabrać ze sobą, nie mogę sprawować roli twojego opiekuna, Lauryn.
Przez chwilę patrzyła twardo wprost na jego twarz. Nie spojrzał na nią. Wpatrywał się w ogień, jakby był czymś nadzwyczaj fascynującym.
- Jakoś byśmy sobie poradzili przez ten rok.
- Chcesz wyjechać nielegalnie za granicę i może jeszcze się ukrywać? Chyba się przesłyszałem. Cholera, to się mija z celem.- Powiedział, nagle podnosząc głowę.
- Ale nie musielibyśmy dłużej tutaj zostawać!
- Lauryn...- Zaczął bezsilnie. Jej upór upodabniał ją do dziecka.- Nie, nie...
- Ale...
- I jeszcze raz nie!
- Wiesz co, sram na tą twoją dojrzałość.- Rzuciła, gwałtownie zrywając się z miejsca.- Sama sobie wyjadę, nawet za parę dni a ty nie będziesz...
Podniósł się z ziemii z prędkością światła, odrzucając klocek drewna za siebie i złapał ją za ramię.
- Nie pozwolę ci samej wyjechać za granicę, słyszysz?!- Zawołał, potrząsając nią.- Nigdy! A przynajmniej nie wtedy gdy nie masz skończonych dwudziestu jeden lat! Bądź dojrzała!
W jego oczach zapaliła się iskierka desperacji. Zmartwił się, na prawdę się zmartwił. Co więcej- wyglądał na przerażonego. Mimo to, szarpiąc się, oznajmiła, że musi przygotować się do wyjazdu i próbowała ruszyć w stronę domu.
- Nie, Lauryn! Do diabła, nie!- Krzyknął. Chwycił jej drugie ramię i przycisnął ją do siebie tak, by nie miała szans na najmniejszy krok.- Nie możesz, nie ty... nie możesz zrobić tego samego błędu!
Uniosła oczy, tak by przyjrzeć się jego twarzy.
- Takiego samego?- Zapytała zdziwiona. Rozluźniła mięśnie.
- Nie, błagam...- Jego słowa zaczęły zamieniać się niemal w szloch.- Miałem siostrę, nigdy ci o niej nie mówiłem bo nie mogło przejść mi to przez gardło! Już jej nie ma, straciłem ją...! A wiesz dlaczego?!
Zamiast rozluźnić uścisk, tak by ponownie mogła się mu przyjrzeć, zacieśnił go. Teraz nie miała wątpliwości, że jest wystraszony. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. W sumie nie mogła spojrzeć bezspośrednio na jego twarz, ale była pewna jaką by ją ujrzała. Przeszedł ją dreszcz.
- Bo zamordował ją jakiś skurwysyn!! Za granicą! Była taka sama jak ty, w tym samym wieku! Odmówiłem jej wyjazdu rok temu, gdy zachowała się podobnie do ciebie!
Wyciągnął ramiona, by móc patrzeć Lauryn w oczy. Był tak zdesperowany, że nie zachowywał się najdelikatniej, jednak nie wyglądał na takiego, który zdaje sobie z tego sprawę.
- Byłem wściekły, rozumiesz? Kurwa, byłem tak wściekły, że nie nie kiwnąłem palcem by ściągnąć ją z powrotem gdy wyjechała!
Wydawało jej się, że Bryan czeka na jakąś reakcję, ale nie była w stanie niczego zrobić. Jej ciało jakby wrosło w ziemię, słowa gdzieś utknęły.
- Miesiąc potem okazało się, że nie żyje.- Już nie krzyczał, jednak i bez tego jego wyznanie było przepełnione emocjami.
Zapadła głucha cisza.
- Bryan... ja... tak mi przykro. Nie chciałam...
- Już rozumiesz?- przerwał, znów podnosząc głos.- Rozumiesz co czuję? Od początku bardzo mi ją przypominałaś, a teraz kiedy mówisz takie rzeczy nie mogę... Nie pozwolę ci tego zrobić! Jeśli uciekniesz, obrażona jak nigdy dotąd, będę cię ścigał. Jeżeli nie będę wiedział gdzie, rozgłoszę całemu światu o twoim zniknięciu. A jeśli stanie ci się krzywda, urwę łeb skurwielowi, który odważy się podnieść na ciebie rękę!
Na jego twarzy odmalował się ogromny ból. Tak ogromny, że nie zdołałby go ukryć za wszystkie skarby świata i taki, że poczuła go w każdej części swojego ciała.
- Nie zrobię niczego takiego.- Oznajmiła po chwili słabo.- Przepraszam.
Po jego policzkach popłynęły łzy. Nie uważała tego za objaw słabości, ale za przejaw siły. Od zawsze uważała, że tylko prawdziwi mężczyźni potrafią płakać, szczególnie przy kobietach.
- Bryan...- Szepnęła, poczym mocno go do siebie przytuliła. Nie miała zamiaru już go ranić, nie chciała nigdy więcej doprowadzać go do takiego stanu.
- Obiecaj mi.... Obiecaj, ze nie zrobisz niczego głupiego.
Przez moment po prostu trzęsła się od płaczu, z resztą tak jak on.
- Obiecaj.
- Przy...przysięgam. Przysięgam.- Załkała.
Młody mężczyzna stał na balkonie. Był wczesny poranek, słońce nie zdążyło jeszcze wznieść się ponad najwyższe budynki w mieście. Bolsward imponował swym pięknem i beztroską widoczną nawet w stylu budownictwa. Zachwycał się tym każdego dnia, wieczoru, czasem nawet nocami i świtami. Wszystko ułożyło się po jego myśli. Czuł się spokojny, wiedząc, że kobieta, którą kochał jest bezpieczna, tym bardziej cieszył go fakt, że właśnie z nim. Może przyjaźń damsko- męska istniała, ale on przestał w nią wierzyć pięć lat wcześniej, kiedy tak bardzo zapragnął ją obronić przed złem świata.
- Bryan? Wstałeś już?- Usłyszał nagle kojący głos Lauryn.
- Tak, jestem na balkonie!
Ledwo zdążył się obrócić, ona już stała przed nim. Wyglądała pięknie nawet z nieułożonymi włosami. Miała na sobie swoją najładniejszą koszulę nocną. Popatrzył jej głęboko w oczy.
- Co takiego jest w tym słońcu, że codziennie mu się przyglądasz?- Spytała, uśmiechając się lekko.
- Widzę w nim żar twoich oczu. Ale to tylko marna podróbka.- Powiedział, poczym pocałował ją, jak każdego poranka. Jednak nie każdego czuł się tak samo. Kolejne pocałunki przynosiły mu coraz piękniejsze odczucia.
- Kocham Cię...- szepnęła.
- Ja też. Gdyby było inaczej, pozwoliłbym ci wyjechać pięć lat temu.
- Cieszę się, że tego nie zrobiłeś.- Rzekła, uśmiechając się promiennie.
Chybaby oszalał, gdyby nie mógł pocałować jej jeszcze raz. I chybaby oszalał, gdyby ktoś ją skrzywdził.
"Przy mnie już zawsze będziesz bezpieczna..."- pomyślał, tonąc w jej uścisku.



Goodheart. 29/05/2009 19:03:23 [Powrót] Komentuj



:) kolejne niesamowite opowiadanie mojej ulubionej autorki D:*:*
Paprykarz 29/05/2009 20:43:28
77-254-119-46.adsl.inetia.pl | brak www IP: 77.254.119.46