Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
La proditore

La proditore

     Letni wieczór na obrzeżach Rzymu prawie dobiegł końca- już niedługo miała go zastąpić noc. Na bezchmurnym niebie nieśmiało świecił księżyc, a wokół niego lśniły tysiące gwiazd. Ciepły wiatr delikatnie poruszał gałęziami drzew i krzewów, które lada chwila miały stać się niemymi świadkami potajemnego spotkania. Coś zaszeleściło gdzieś w rogu ogrodu, a potem w alejce porośniętej krzewami. Drobna kobieta o długich czarnych włosach niemal płynęła przed siebie, starając się nie podrzeć sukienki.  W tym samym momencie mężczyzna o imponującej sylwetce ostrożnie pokonał ogrodzenie. Oczy kochanków niecierpliwie przeczesywały przestrzeń. Po kilku długich minutach poszukiwań, młody mężczyzna szepnął:
- Caterine, to ja- jestem za tobą.
Obróciła się, a gdy w końcu go zauważyła, odetchnęła z ulgą.
- Umberto, mój drogi- radość popchnęła ją prosto w silne ramiona, które tak kochała. Wplotła dłonie w jego włosy i wsłuchiwała się w szybkie bicie serca. Przez chwilę żadne z nich nie śmiało przerwać ciszy. Nie mieli jednak wiele czasu więc wkrótce Caterine odezwała się pierwsza:
- Mój ojciec chce żebym poślubiła Signore Brasi…
- Tego łajdaka…! – Umberto przez chwilę stracił kontrolę nad głosem i niemal krzyknął.
- Ciszej, proszę. Ojciec uważa, że to najlepszy wybór bo to człowiek wpływowy i bogaty. Uważa się, że jego babka niedługo umrze, a on ma odziedziczyć jej majątek co uczyni go jeszcze zamożniejszym. Ślub ma się odbyć za trzy tygodnie.
- A więc mamy tylko jedno wyjście- musimy powiedzieć mu o nas i prosić o zmianę decyzji.
Spojrzeli sobie w oczy. Obydwojgu z przerażenia przeszły ciarki po plecach. Jeszcze chyba nigdy wcześniej żadne z nich nie czuło się bardziej niepewnie. Gdzieś w koronie drzewa głośno zahukała sowa. Kochankowie mocniej złapali się za ręce.
     W gabinecie Giacomo Accardo rozległo się pukanie do drzwi. Mężczyzna wykrzyknął tylko pozwolenie na wejście, nawet nie unosząc  głowy znad obszernej księgi z notatkami. Długie, ciemne włosy luźno opadały mu do ramion, zasłaniając gościa.
- Signore Accardo, pańska córka i signore Vasquez pragną z panem porozmawiać. Mówią, że to pilne.
Tym razem księga zeszła na drugi plan. Ojciec Caterine gwałtownie podniósł głowę i spojrzał zszokowany na służącego.
- Signore Vasquez? A co on tu do diabła robi?- Zapytał, marszcząc przy tym brwi.
- Nie wiem, signore. – Rozległa się uprzejma odpowiedź.
- Niech wejdą.
Służący szybko zniknął za drzwiami, a na jego miejscu już po chwili ramię w ramię stanęli Caterine i Umberto. Drżeli ze zdenerwowania. Od tego momentu czas płynął tak wolno, że czuli się jakby obserwowali sytuację z boku, a nie brali w niej udział. Myśleli o sobie nawzajem i o tym, co stanie się jeżeli zaplanowany ślub dojdzie do skutku ale mimo to ich argumenty nie przekonały Signore Accardo. Wysłuchał wszystkiego co mieli do powiedzenia ale Caterine podejrzewała, że tylko dlatego, że był w szoku. A potem wybuchnął. Miotał się jak rozjuszony byk i krzyczał tak głośno, że służący wpadł do pomieszczenia bez pukania. Czerwony ze złości Giacomo schwycił Umberto za kołnierz i z całej siły wypchnął go z gabinetu. Ten wpadł na służącego i obaj runęli na ziemię. Caterine krzyknęła rozpaczliwe.
- Ojcze…- łkała sparaliżowana strachem ale nie uzyskała zrozumienia ani współczucia.
- Wynoś się! Natychmiast idź do swojej sypialni i lepiej mi się nie pokazuj! – Usłyszała i posłusznie wykonała rozkaz, choć coś w niej krzyczało, że powinna się przeciwstawić. Po drodze nie mogła opanować łez. Słyszała przekleństwa wykrzykiwane za zamkniętymi drzwiami. Brzmiały jak klątwa.
     Caterine obudziła się w środku nocy z uczuciem jakby ktoś coś roztrzaskał w jej głowie. Szybko usiadła na łóżku i zobaczyła, że w progu stoi ojciec. Zanim wszedł musiał kilka razy głośno zapukać. Raczej nie wyglądał jakby chciał ją przeprosić.
- Ojcze?
Nie odezwał się od razu. Chwilę się nad czymś zastanawiał, gładząc brodę dwoma palcami. Coś analizował. Sprawiał wrażenie jakby nie był do końca pewien czy to, co powie będzie słuszne. I tak rzeczywiście było. Mimo to zdecydował się przedstawić córce swój pomysł:
- Jak wiesz, nie podoba mi się to, że upodobałaś sobie tego Vasqueza. Czuję się bardzo zawiedziony, że chcesz za niego wyjść ale pozwolę ci na to pod jednym warunkiem.
Caterine kompletnie się tego nie spodziewała. Mógł jej jeszcze zwymyślać, poinformować, że zabił Umberto gołymi rękami albo zażądać, by przeniosła się do piwnicy ale proponować jakiś układ?
- Wymień jedną osobę, której najbardziej nienawidzę.
To pytanie było nie mniej zaskakujące niż jego poprzednie słowa. Nie wiedziała do czego ojciec zmierza. Jej wyobraźnia zaczęła jej podsuwać różnie dziwne scenariusze. Wreszcie odrzekła:
- Giuseppe? Giuseppe Verdi?
Giaccomo nie znosił Verdiego za jego liczne sukcesy. Każde kolejne dzieło zyskiwało uznanie i przynosiło mu duże zyski. I choć rodzina Accardo należała do najbogatszych w mieście, to dla jego zazdrosnego członka to było wciąż za mało. Wciąż porównywał się do kompozytora. Pragnął mu dorównać ale nie zdołał tego dokonać tworząc muzykę. Wreszcie zrozumiał, że porywa się z motyką na słońce i postanowił chociaż nacieszyć oko publiczną klęską wroga. Aby nie ściągnąć na siebie podejrzenia, zaprzyjaźnił się z nim.
- Doskonale. Zapewne słyszałaś, że szanowny signore Verdi zamierza wystawić nową operę. Niedługo wybierze obsadę. Chcę żebyś do niej dołączyła i nawet jeśli nie będzie do ciebie całkowicie przekonany, zadbam o to, by tak się stało.
- Dobrze, mogę to zrobić… – Odpowiedziała niepewnie. Zastanawiała się gdzie jest haczyk.
- Ale to nie wszystko.  Twoim zadaniem będzie sprawić by premiera wypadła jak najgorzej.
Z nerwów zacisnęła dłonie na kołdrze. Czuła jak strużka potu spływa jej po plecach i czuła, że nie powinna się na to zgodzić. Ale potem pomyślała o Umberto potraktowanym jak intruz, o potajemnych spotkaniach, które były marną namiastką normalnego związku i o tym z jakim obrzydzeniem ojciec patrzył na nią gdy kazał jej się wynosić ze swojego gabinetu. I to mogło się zmienić jeśli zniszczy jedno spośród wielu dzieł docenianego artysty. Tylko jedno…
- Rano oczekuję odpowiedzi.  – Usłyszała. Ale ona już wiedziała co powie.
- Zgadzam się. – Powiedziała odważnie.
Ojciec skinął głową i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Caterine opadła na poduszki i zaczęła się modlić.
     Wystąpienie przed samym Giuseppe Verdi nie należało do prostych zadań. Choć w rzeczywistości był człowiekiem o zadziwiającej pogodzie ducha, potrafiącym znaleźć dla każdego miłe słowo, to na przesłuchaniach przeistaczał się w surowego sędziego. Jego spojrzenie przeszywało na wskroś i Caterine czuła się jakby stała przed nim całkiem naga. Analizował każdy usłyszany dźwięk z niebywałą dokładnością. Czuła to. Gdy śpiewała, łzy zaczęły napływać jej do oczu z tremy i poczucia winy. Starała się wypaść naturalnie ale nie mogła się skupić- ciągle zastanawiała się jakie błędy może jej wytknąć, o czym myśli gdy tak czujnie na nią patrzy. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, niczego. Tylko czyste skupienie. Po tym jak z jej ust popłynął ostatni dźwięk, zapadła cisza. A potem jak gdyby nigdy nic Verdi uśmiechnął się serdecznie i kilka razy zaklaskał w dłonie. Strach gdzieś zniknął- Caterine poczuła się jak nowo narodzona i nawet zdobyła się na nieśmiały uśmiech. A więc jednak się spodobała. Mistrz nie był przekonany czy powierzyć jej główną rolę. I nie powierzył. Zamiast tego miała zaśpiewać partię wróżki Ulryki. Nie czuła się dobrze z myślą, że będzie musiała rozbijać wojska od środka. Tym bardziej, że dla niej to było jak zdrada własnej armii…
     Giacomo Accardo posiadł wiele informacji, których Giuseppe Verdi nigdy by mu nie przekazał, gdyby znał o nim prawdę. A prawda była taka, że Giacomo był doskonałym aktorem. Tylko sprawiał pozory wiernego przyjaciela, z którym można zawsze porozmawiać w ustronnym, ciepłym gabinecie przy kieliszku najlepszego wina. Czasami męczyło go ciągłe udawanie ale myśl o licznych korzyściach z tego płynących wciąż utrzymywała go na nieuczciwej ścieżce. Był człowiekiem zgorzkniałym i na wskroś nieuczciwym. Trudno było uwierzyć, że ktoś może mieć tak okropny charakter. Jednak dzięki temu znał tajne wejście do opery. I przez to powierzył córce pierwsze zadanie- wykraść scenariusze przed pierwszą próbą.
     Caterine gorączkowo parła na przód. W jednej ręce trzymała lampę naftową, a drugą podpierała się o ścianę, by nie upaść. Podłoże momentami było wyjątkowo nierówne. Choć szła bardzo wolno, parę razy potknęła się o wystające kamienie. Modliła się żeby nie stłuc lampy bo to mogłoby oznaczać powolną, samotną śmierć w płomieniach. Przeszedł ją dreszcz. Na szczęście po niedługim czasie dotarła do celu. Uniosła lampę i zaczęła poszukiwania poluzowanej cegły. Znalazła ją już po kilku próbach, po czym wyciągnęła i ostrożnie położyła na ziemi. W cegle z tyłu zostało wyłupane niewielkie wgłębienie, a w nim ukryto pęczek kluczy. Parę razy obracała go w rękach zanim odważyła się przekręcić odpowiedni klucz w zamku. Ojciec mówił, że Verdi od paru godzin jest już w środku ale nigdy nie przybywa w pomieszczeniu, w którym przechowuje się scenariusze i kostiumy, tylko w swoim gabinecie. Mimo to Caterine bardzo się denerwowała. Otworzyła drzwi najciszej jak potrafiła i na chwilę zamarła, nasłuchując czy nikt się nie zbliża. Potem szybko weszła do pomieszczenia i rozejrzała się. Wokół wisiało mnóstwo kostiumów w przeróżnych kolorach ale nigdzie nie zauważyła scenariuszy ani szafki, w której mogłyby się znajdować. Zaczęła odgarniać suknie i surduty, aż wreszcie natknęła się na niewielką komódkę z szufladkami zamykanymi na klucz. Otwierała jedną po drugiej coraz bardziej się denerwując. Scenariusze do „Balu maskowego” znalazła w ostatniej. Zgięła je i schowała pod płaszcz. Czuła ogromne wyrzuty sumienia.
A więc to wszystko – pomyślała z ulgą i skierowała się z powrotem do otwartych na oścież drzwi. Nim wyszła, przypomniała sobie jednak o jeszcze jednej rzeczy. Gwałtownie się odwróciła i na palcach podbiegła do drzwi odgradzających pokój od reszty budynku, po czym otworzyła je. Verdi miał myśleć, że kradzieży dokonał ktoś nie posiadający wiedzy o tajemnym wejściu. Parę sekund później już jej nie było.
     Zarówno obsada jak i sam Giuseppe(który pluł sobie w brodę, że jednak nie zamknął drzwi) byli załamani i zdruzgotani faktem, że zniknęły wszystkie scenariusze. Caterine wyglądała na równie nie pocieszoną z tego powodu- nie musiała nawet udawać, jednak bardziej niż samo to, że zniknęły zasmucało ją to, że to ona musiała je zabrać i sprawić tyle zawodu ludziom, których już zdążyła polubić i z którymi tak dobrze jej się rozmawiało. Szczególnie urzekła ją Elsa- odtwórczyni głównej roli. W jej oczach dostrzegała ogromne zamiłowanie do muzyki i ekscytację nową rolą. Coraz bardziej nienawidziła swojej misji. Jak poinformował ją już ojciec, Giuseppe zostawił w domu jeden egzemplarz scenariusza. Jego służący musieli przepisać go jeszcze raz dziesięć razy, przez co termin rozpoczęcia prób nieco się opóźnił.
     Caterine pojawiła się na trzeciej próbie stosunkowo wcześnie. Gdy tylko przekroczyła próg garderoby, usłyszała szepty:
- Słyszałaś, co wczoraj przydarzyło się Fabiano?
- Podobno został napadnięty…
- Przepraszam, co się stało? – Zapytała, odgrywając zdziwienie. Śpiewaczki spojrzały na nią smutno, kręcąc głowami. W końcu Elsa wyjaśniła, że Fabiano został brutalnie pobity, a co gorsza ktoś wlał mu w usta wrzątek, dotkliwie poparzając mu przełyk i gardło.
- Teraz oczywiście nie jest w stanie śpiewać- skwitowała Sibilla- to okropne. Nie rozumiem jak można tak kogoś skrzywdzić. Wprawdzie każdy z nas ma dublera ale głos Fabiano był perfekcyny do roli Oskara.
Caterine milczała. Członkowie obsady obawiali się o swoje zdrowie, a po cichu nawet o życie. Następnego dnia z udziału w operze zrezygnował odtwórca roli Sędziego i kilka osób ze scen zbiorowych. Twórca zaczął poważnie zastanawiać się nad odwołaniem całego przedsięwzięcia. Jednak jako, że nie o to chodziło, ojciec Caterine zaniechał obmyślania nowych intryg. Oczywiście tylko na jakiś czas. Desperacko pragnął publicznego upokorzenia Verdiego. Oh tak, jakże on kochał oglądać spektakularne klęski! Ciche zwycięstwo było dla niego jak przegrana.
     Przez jakiś czas Caterine czuła się prawie jak normalna, uczciwa członkini obsady, przychodząca na próby na takich samych zasadach jak wszyscy inni. Była oczarowana scenariuszem, ludźmi wokół siebie, samym Verdim. Gdy śpiewała, czuła się tak swobodnie i komfortowo. Czuła się wolna chociaż przez krótki czas. Potem znów przypominała sobie po co naprawdę tam jest i wracała do domu smutna i zrezygnowana. Jej ojciec także był nieco przygnębiony lecz tym, że nie mógł co rusz wprowadzać w życie nowych pomysłów. Nie chciał wystraszyć Verdiego, który widać był wyjątkowo czuły na punkcie swego nowego dzieła i było bardziej prawdopodobne, że się wycofa niż, że pozwoli tłumowi oglądać nieudany spektakl.
     Wieczór był dla Caterine najsmutniejszą porą dnia. Wtedy właśnie najdotkliwiej odczuwała samotność, nie miała czym odwrócić uwagi od tęsknoty za Umberto i rozmyśleń o braku dostatecznej swobody w życiu. Z każdego spotkania starała się czerpać siłę potrzebną żeby przetrwać do kolejnego. W czasie realizowania planu ojca wszystkie negatywne uczucia dodatkowo się potęgowały. Tym bardziej potrzebowała bliskości i wsparcia, które potrafił dać jej tylko ukochany. Pewnego dnia powiedział, że chciałby wziąć jej misję na siebie bo patrzenie na to jak dręczy ją poczucie winy to najgorsze, czego doświaczył.
„Jeśli dotrwasz do końca, będę ci to wynagradzał aż do śmierci ale zrozumiem też jeżeli zechcesz zrezygnować”- dodał. Nie próbował nią manipulować, po prostu chciał chociaż trochę podnieść ją na duchu. Nie myślał o sobie i nie wywierał na niej presji. Były to jedne z cech, które najbardziej ją w nim urzekły. Tamtego wieczoru jeszcze bardziej pragnęła zatrzymać go przy sobie.
     Giacomo wolnym krokiem przechadzał się po swoim gabinecie. Wyglądając przez okno i sącząc gin zastanawiał się jak efektownie zepsuć premierę „Balu maskowego”. Uśpił już czujność Giuseppe, a więc pierwsza część planu udała się doskonale. Pozostało jeszcze odpowiednie zwieńczenie. Z maksymalnie skupioną twarzą wyglądał jakby obmyślał taktykę wojenną i właściwie tak było, tylko, że jedna ze stron nie miała pojęcia o toczeniu się jakiejkolwiek wojny. Koncentracja nadawała mu szlachetny wygląd. Sprawiał przez to wrażenie oddanego ojczyźnie stratega albo zatroskanej o losy bliskich głowy rodziny. Sam siebie zachwalał za błyskotliwy umysł, uśmiechając się złośliwie. Wpadł na kilka wybornych pomysłów. Nie było mowy aby pozostały tylko niewykorzystanymi ideami.
     Caterine mknęła w stronę swojej garderoby z łzami w oczach. Po chwili zwolniła, by nie wyglądać podejrzanie. Wciąż myślała o tym, co właśnie zrobiła i czuła się jak podła zdrajczyni, którą w rzeczy samej się okazała. Wciąż jednak próbowała się usprawiedliwiać- „sama bym na to nawet nie wpadła, nigdy nie zrobiłabym nikomu czegoś takiego, to wszystko wina ojca.” Jednak dobrze wiedziała, że mogła od razu powiedzieć „nie”. Zamiast tego postanowiła postawić swoje szczęście ponad wszystkimi innymi. 
     Elsa stanęła przed ogromnym lustrem i zaczęła się sobie przyglądać. Była już gotowa do odegrania kolejnej sceny. Z natury była skromna i nigdy nie obnosiła się ze swoją urodą ale w tamtej chwili nie potrafiła oderwać wzroku od swojej twarzy. Nieskazitelna cera i ogromne bursztynowe oczy z pewnością były powodem do zazdrości. Kasztanowe włosy spływały kaskadą do połowy pleców i  kobieta wykonała zgrabny piruet podziwiając jak wirują razem z nią. Dopiero gdy usiadła przy toaletce zauważyła butelkę Averna Amaro Siciliano. Obok likieru stała szklaneczka, a do butelki przyczepiono niewielką karteczkę ze złotą wstążką. Zaciekawiona Elsa odczytała krótką notkę:
Od cichego wielbiciela dla najwspanialszej śpiewaczki w operze i najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek było mi dane spotkać.
Czuła, że się rumieni. Liścik niezwykle podziałał na jej wyobraźnię i bardzo jej schlebił. Zawsze marzyła o tajemniczym adoratorze. Z przyjemnością otworzyła butelkę i nalała sobie trochę alkoholu. Gdy wzięła jeden łyk, została poinformowana, że za dziesięć minut rozpoczyna się kolejny akt. 
     - Elsa dziwnie się zachowuje. – Powiedział Verdi, bacznie obserwując scenę.
Caterine nie odpowiedziała- po prostu patrzyła jak kobieta opada z sił w trakcie jednego z najpiękniejszych fragmentów. Łzy cisnęły jej się do oczu ale twardo nie pozwalała im znów popłynąć. Na szczęście Giuseppe nie zwrócił na nią uwagi. Był zbyt zaaferowany stanem młodej śpiewaczki. Dosłownie po minucie Elsa weszła za kulisy podtrzymywana przez scenicznego partnera. Na scenie pojawiły się kolejne postaci, ktoś biegł do garderoby, parę osób szeptem wymieniało uwagi. Nikt nie spodziewał się tego, że Elsa za parę minut umrze w skutek spożycia strychniny.
- Wezwijcie lekarza – rozkazał Verdi – natychmiast!
     - Panie Verdi, z całym szacunkiem dla Pana twórczości ale Elsa nie żyje! Czy to nie dziwne tak po prostu kontynuować przedstawienie?- Irytował się odtwórca głównej roli. W Giuseppe jednak coś wstąpiło i za nic nie chciał przerwać premierowego spektaklu. Caterine przez chwilę poczuła podziw dla ojca- musiał znać mężczyznę bardzo dobrze skoro sprawy przybrały taki obrót. Śpiewacy twardo odmawiali dalszego występowania więc Verdi postanowił wprowadzić  dublerów. Jednak gdy członkowie obsady dowiedzieli się, że nie dostaną sporej części pieniędzy, jakby zapomnieli o tragedii i posłusznie zajęli się przygotowaniami do następnych partii. Choć taki był zamiar, Caterine poczuła się rozczarowana ich reakcją. Wprost nie mogła uwierzyć, że dla pieniędzy postanowili tak po prostu zapomnieć o śmierci kobiety dla której zdawali się być przyjaciółmi. Tak czy inaczej, jej ojciec znalazł się na wygranej pozycji- jeśli Verdi nie zdecydowałby się na dublerów, przedstawienie nie zostałoby zagrane do końca, natomiast jeżeli dublerzy by je dokończyli, ludzie czuliby niedosyt. Zrozumiała, że tak naprawdę nie znała nikogo wokół siebie, a jednocześnie wiedziała, że oni nie znali też jej. Zyskała spojrzenie z innej perspektywy. I wtedy właśnie zyskała również stuprocentową pewność, że popełnia ogromny błąd. Weszła do opery wiedząc, że według planu ojca ma zemdleć na oczach publiczności. Wchodząc na scenę była zdecydowana, że tego nie zrobi. 
     Światła tworzyły prowizoryczną ścianę pomiędzy artystą na scenie, a publicznością. Wykonawcy wiedzieli, że mają przed sobą setki par oczu skierowane wprost na nich ale nie mogli nikogo zobaczyć. Czuli się więc trochę jakby oko w oko z pustką. Jakby było tylko oświetlenie i ich głos. Reszta już się w danym momencie tak nie liczyła. Caterine kochała to uczucie i serce jej się krajało na myśl jak bardzo je sobie obrzydzała, jak pozwoliła by niemal straciło cały swój urok. Gdy stanęła na scenie i zaczęła śpiewać, dawała z siebie wszystko. Ściskając dłonie w pięść, czuła, że są spocone ze zdenerwowania i presji. Ale to już nie była presja wywołana przez jej ojca. To była presja wywołana przez jej sumienie, którego słuchając, starała się ocalić resztki tego, co zniszczyła.
Zaśpiewała swoje ostatnie kwestie, wyobrażając sobie wyraz twarzy ojca i mając pełną świadomość tego, co nastąpi. Pomyślała o konflikcie tragicznym. Niewątpliwie taki pojawił się w jej życiu- wybierając jakiekolwiek rozwiązanie, była skazana na porażkę. Wybrała uczciwość i bycie w zgodzie z samą sobą, choć raniło ją samo myślenie o życiu bez Umberto. Wiedziała jednak, że nie mogłaby być z nim szczęśliwa gdyby znienawidziła samą siebie.
     Po zejściu ze sceny wszystko potoczyło się dla Caterine bardzo szybko. Najpierw zamieniła parę słów z Verdim, który gratulował jej wyjątkowego występu. Wyznał też, że żałuje swojej decyzji o kontynuowaniu widowiska ale mimo wszystko dziękuje jej za zaangażowanie. „ Postawiłem swoje ambicje ponad szacunek do człowieka…”- z tymi słowami na ustach powoli się oddalił. Caterine nie sądziła, że kiedykolwiek zapomni widok jego smutnych oczu, w których wyczytała rozczarowanie. Wiedziała, że powinien być bardziej rozczarowany nią, a nie samym sobą, nie miała jednak odwagi pobiec za nim i wyznać mu prawdy. Jej nogi jakby przyrosły do podłogi. Zanim jednak po raz kolejny zatopiła się w swoim poczuciu winy, dostrzegła Umberto i pospieszyła w jego stronę. Przez krótką chwilę słuchała jego zapewnień, że rozumie jej decyzję i nie ma do niej żalu. Że nadal ją kocha i nigdy nie przestanie. Nie wątpiła w to. Zdziwiło ją to, że jej ojciec nie wtargnął jeszcze za kulisy i nie wyraził swego niezadowolenia. To, choć prawdopodobne w tej sytuacji, nie było jednak w jego stylu. Zamiast tego pojawił się uśmiechnięty i całkiem spokojny- prawie uwierzyła, że zmienił zdanie.
- Wychodzimy. Natychmiast. Możesz zapomnieć o swoim chłoptasiu. Od dziś posiadłość będzie strzeżona. Jeśli ten Vasquez pojawi się w pobliżu… no cóż, z pewnością nie poczęstuję go winem. – Oznajmił potem córce, jednak tak naprawdę zwracał się także do jej kochanka. Młody mężczyzna przez chwilę miał ochotę rzucić się na Accardo i wyjawić wszystkim prawdę ale wiedział, że jeśli to zrobi, na pewno niedługo pożegna się z życiem.
- Ależ ojcze… nie wykonałam tylko jednego zadania. – Tłumaczyła Caterine, choć wiedziała, że…
- Wszystko albo nic. Układ to układ.
Kochankowie wymienili smutne spojrzenia. Wiedzieli, że zostali przyparci do muru. Gdy wychodzili, Giacomo dodał głośniej:
- Cóż za wspaniała gra, Caterine! Koniecznie musimy to uczcić.
     Niektóre szansy, które otrzymujemy w życiu, nie powtarzają się. Nie wszystkie też niosą jedynie korzyści. Czasami zarówno odrzucenie, jak i wykorzystanie możliwości oznacza stratę. Przegraną, nawet jeśli tylko do pewnego stopnia. Zdaje się, że w dniu premiery „Balu maskowego” wszyscy coś utracili lub czegoś żałowali. Giuseppe Verdi był zawiedziony swoją postawą i nigdy nie dowiedział się kto stał za spiskiem mającym na celu go upokorzyć. Caterine Accardo nigdy więcej nie spotkała się w ogrodzie z mężczyzną swojego życia. A Giacomo Accardo? Cóż, Giacomo wciąż był tym samym, zgorzkniałym człowiekiem. Tamtego wieczoru stracił jedynie okazję obejrzenia satysfakcjonującego finału.

Take a look around at the sea of masks
and come on come all, welcome to the grand ball.



Goodheart. 3/12/2011 13:41:50 [Powrót] Komentuj