Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rekompensata

Rekompensata

Mój tekst z grudniowego numeru Drugiego Obegu. Wesołych świąt!

     Minęła dwudziesta pierwsza. Miasto powoli zasypiało. Płatki śniegu, dobrze widocznie w snopach światła rzucanych przez latarnie, wirowały powoli i opadały, tworząc cienką białą warstwę na chodnikach, w alejkach i parkach. Gdzieniegdzie na przemian migały bożonarodzeniowe lampki, dekoracje kołysały się na wietrze. Ulice były jak opustoszałe w porównaniu do sytuacji z godzin szczytu- oczywiście jeśli brać pod uwagę ludzi. Teraz, gdy zeszli na dalszy plan, zaszywając się w swych ciepłych domach, można było dostrzec innych mieszkańców- koty. Coraz to kolejne wymykały się ze śmietników, bram, z pod samochodów. Na co dzień mało kto zwracał na nie uwagę i mało kogo obchodził ich los ale one wciąż istniały- pochowane gdzieś w zapomnianych zakamarkach miasta, pozostawione same sobie. Tego zimowego wieczoru wszystkie kierowały się w to samo miejsce. Jeden z parków powoli się zapełniał. Widok tylu zwierząt był imponujący, a zarazem niebywale smutny ze względu na to, że aż tyle z nich miało o wiele mniej, niż na to zasługiwało.
Czarny kot siedzący na jednej z ławek w towarzystwie rudej kotki, rozglądał się z narastającym zdziwieniem. Obracając wolno łebek, obserwował przybyłych. Choć miasto było całkiem sporych rozmiarów, nie spodziewał się takiej frekwencji. Nie sądził, że uda się poinformować tyle kotów, a właściwie należałoby zacząć od tego, że nie do końca zdawał sobie sprawę z ilości bezdomnych futrzaków.
- I co ty na to? – odezwała się siedząca po jego lewej Mila – Jak się z nimi porozumiemy?
- To mnie właśnie martwi. A bardziej martwi mnie to, że nie wiedzieliśmy ile tak naprawdę mamy kociego towarzystwa na ulicach.
- Patrząc na to z boku, rzeczywiście wyszliśmy na głupców… ale z drugiej strony koty dobrze się ukrywają. Nie jesteśmy w stanie zauważyć tych, które siedzą na przykład w piwnicy jeżeli sami tam nie wejdziemy.
Diobliś przyznał jej rację ale i tak nie byli z siebie do końca zadowoleni. Decydując się na organizację takiego spotkania, mogli przemyśleć więcej spraw i lepiej się przygotować. Ale nie było już odwrotu. Wszystko było w ich rękach, a raczej łapach.
     Tydzień wcześniej przeżywali dzień jak każdy inny i nie myśleli o zwoływaniu jakiejkolwiek narady. Nic nie wskazywało na to, że niedługo plan przekazywany w kocim języku pójdzie w świat. Skoro świt jak zawsze wybrali się na poszukiwanie jedzenia i jak zwykle to Mila zapewniła im zadowalające śniadanie stosując metodę „na ładne oczy”, którą od jakiegoś czasu praktykowała. O dziwo jeszcze nie odmówiono jej drobnej przysługi, a gdy któryś kocur zorientował się, że kotka nie dotrzyma swojej obietnicy bo po prostu potrzebowała bezinteresownej pomocy, nie gniewał się. Na nią nie sposób było się złościć. Uświadamiała swoim „ofiarom”, że czasami warto wyciągnąć do kogoś łapkę ot tak, bez powodu. Wszystko kwitowała uroczym kocim uśmiechem.
Po śniadaniu pojawiły się pierwsze sygnały nadejścia niecodziennej sytuacji. Mówiąc ściślej, był to jeden sygnał, który uruchomił łańcuch przyczynowo- skutkowy. Zauważyli poruszający się kształt w jednej z uliczek. Wszystko wskazywało na to, że był to kot i tak też było w rzeczywistości. Nie zwrócili by na niego uwagi gdyby wszystko było w porządku- ale nie było.  Anonimowy zwierzak wyglądał na chorego. Cicho miauczał i bynajmniej nie brzmiało to jak oznaka zadowolenia. Diobliś podszedł bliżej, zainteresowany stanem  młodego kocura.
- Halo… – zagaił ale nie usłyszał odpowiedzi. Zaniepokojony, lekko szturchnął leżącego łapką. Ten zamiauczał żałośnie, po czym wreszcie odrzekł:
- boli jak jasna cholera… a ty kto?
- mam na imię Diobliś, a to moja przyjaciółka Mila. – Powiedział, wskazując łebkiem na kotkę stojącą w pewnej odległości za nim. Gdy usłyszała swoje imię, zbliżyła się, uprzejmie przywitała i usiadła obok nowo poznanego.
- Co ci się stało? – Zainteresowała się, patrząc z niepokojem na, jak się okazało, Marcjana.
- Nie mam pojęcia ale czuję się jakby coś mnie zjadało od środka – wysapał – nie mogę jeść, a śpię bardzo niespokojnie. Czuję, że już niedługo…
- Ale co się niedłu… - Zaczęła Mila ale dostała za to kuksańca. Domyślili się co Marcjan miał na myśli i od razu zrobiło im się smutno. Bardzo chcieli pomóc ale było jasne, że raczej nic nie mogą w tej sytuacji zmienić. Diobliś zaczął wypytywać Marcjana o ewentualne przyczyny jego, można powiedzieć, choroby. Po kilku minutach analizy w rozmowie pojawiło się coś niepokojącego, a mianowicie informacja o wypiciu jakiegoś płynu.
- Zaraz, zaraz… gdzie go wypiłeś? – Dopytywał.  Chyba coś mu się kojarzyło i na pewno nie było to nic pozytywnego bo wyglądał wyjątkowo niemrawo. Po chwili odciągnął przyjaciółkę na bok i podzielił się z nią swoją wiedzą:
- słuchaj, to pewnie jakaś ciecz, która wypłynęła z samochodu…
- Nie brzmi dobrze… – Zauważyła Mila.
- Owszem bo skoro sprawa tak się przedstawia… to nie ma lekarstwa.
Spojrzeli na skulonego Marcjana. Zrobiło im się przykro, że tak młody kot niedługo umrze, a jeszcze gorsze było to, że doświadczał powolnej śmierci. W tej chwili zaczęły im się nasuwać różne myśli. Nowego znajomego nie dało się odratować ale co jeśli byłoby to możliwe? Nic. Także nie pożył by długo ponieważ nie miał nikogo, kto by się nim zajął. I to właśnie było porażająco przygnębiające. Zostali przy nim, starając się umilić ostatnie chwile w jego życiu i mając nadzieję, że koty naprawdę dostają kolejne. Po czterech dniach Marcjan przestał z nimi rozmawiać.
     Cały kolejny dzień spędzili wyjątkowo mało kreatywnie. Byli nieobecni i przygnębieni. Nie mieli ochoty rozmawiać o przykrym doświadczeniu, a ponieważ nie potrafili skierować myśli na inny tor, praktycznie nic nie mówili. Wiedzieli, że każdy kiedyś umrze i wiedzieli, że z pewnością nie tylko Marcjan miał taką feralną przygodę ale jakoś wcześniej o tym nie myśleli. Żyli własnym życiem, z dnia na dzień i byli zajęci walką o własne przetrwanie. Rozmyślanie o trudnym losie innych kotów mogło się wydawać właściwie bezcelowe bo i tak niewiele mogli zrobić by im pomóc. Po prostu było ciężko i każdy starał się z tym uporać w pojedynkę lub w grupkach. Jednak następnego dnia, gdy już wszyscy nieco ochłonęli, Diobliś zaczął drążyć temat. Nie chciał go tak zostawić i po prostu zapomnieć więc starał się wymyślić cokolwiek pożytecznego.
    - Musimy coś zrobić – upierał się – nie możemy dalej zachowywać się tak egoistycznie.
- Świetny pomysł ale do prawdy nie wiem co chciałbyś zdziałać. – Odrzekła Mila z wyraźną nutą powątpiewania w głosie.
- Wymyślimy coś, zobaczysz. Ludzie nam za bardzo nie pomagają, musimy więc pomóc sobie nawzajem.
Zaproponował integrację z innymi kotami. Stwierdził, że warto by było wesprzeć się nawzajem- na przykład ustalić miejsce lub miejsca gdzie mogą się udać gdy mają problem lub po prostu potrzebują towarzystwa, informować się gdzie można znaleźć przyzwoity nocleg i tak dalej.
- Zawsze to coś. – Skwitował.
Jego argumenty były dość przekonywujące by Mila zmieniła zdanie. Po wymienieniu kilku uwag, oczy jej zabłysły. Tak więc było ich dwóch- zdecydowanych na zrobienie kroku w stronę solidaryzacji i poprawienia warunków bytu.
     Rezultat dyskusji powoli się zarysowywał. Koty wspólnie doszły do wniosku, że trzeba by te idee jakoś rozpowiedzieć, a najlepiej byłoby zorganizować spotkanie i tam wszystko ustalić. Byli podekscytowani i zdeterminowani by wspólnie zmienić coś na lepsze. Dzielili się pomysłami z każdym kotem, którego spotkali i prosili o przekazanie informacji o miejscu i czasie narady. Spora część napotkanych nie wyglądała na pozytywnie nastawionych, nie było więc pewne czy podzielą się wieściami z innymi. Gdy jednak spotkanie doszło do skutku, wyobrażenia inicjatorów zdecydowanie poleciały na łeb, na szyję.
- Musimy podzielić ich na więcej grup  – stwierdził Diobliś – jeśli utworzymy dwie, nie damy rady się skutecznie porozumieć.
Mila chętnie przystała na tą propozycję. Diobliś jak nagłośniej potrafił poinformował przybyłych o przebiegu spotkania. Koty zrozumiały o co chodzi i sprawnie zaczęły zbijać się w grupki co miło zaskoczyło organizatorów. W rezultacie stworzyły ich dwanaście. Początkowe obawy gdzieś zniknęły. Choć mieli więcej do zrobienia niż oszacowali, przystąpili do zadania z entuzjazmem. Padały przeróżne pomysły dotyczące głównego miejsca spotkań, a nawet trochę odnoszących się do miejsc noclegowych, za co byli sobie nawzajem wdzięczni ze względu na trudności z tym związane zimową porą. A co najlepsze- razem było im cieplej.
     Amadeusz Kosa mieszkał naprzeciwko parku odkąd pamiętał. Był starym kawalerem i nienawidził swojego imienia ale był zbyt leniwy  żeby je zmienić. Od zawsze zastanawiał się jak można tak skrzywdzić swoje dziecko. Jego rodzice o dziwo nie znienawidzili go jeszcze przed narodzinami. Po prostu według nich było to imię wyjątkowe i szlachetne. Niestety nie pomyśleli o tym, że jest kompletnie nie na czasie i że przez nie nauczycielom łatwiej było zapamiętać ich syna i wywoływać go do odpowiedzi gdy nie pamiętali jeszcze innych imion.
Amadeusz miał to do siebie, że lubił nocami przesiadywać w oknie. W zimie obserwował spadające płatki śniegu, w lecie młodzież wracającą z imprez. Czasem nachodziła go wena twórcza i próbował sklecić jakiś wiersz albo krótkie opowiadanie. Niektóre były całkiem niezłe, inne wręcz żenujące ale to nie miało znaczenia.
     Tego zimowego wieczoru jak zwykle obserwował co dzieje się na zewnątrz. Jako, że prawie nic nie było widać, szybko postanowił zająć się czymś innym ale w ostatniej chwili zrezygnował ze zrealizowania tego zamiaru. Dostrzegł jakieś poruszenie w parku. Zastanowiło go to- z pewnością nie widywał czegoś takiego codziennie, a właściwie nigdy wcześniej mu się to nie przydarzyło.
     - Co tam się, u diabła, rozsiadło… - mruczał sam do siebie, wyciągając głowę. Do jego uszu dochodziły jakieś dźwięki. Gdy otworzył okno, zorientował się, że to miauczenie i zdziwił się jeszcze bardziej. Szybko cofnął się w głąb pokoju i wyciągnął z szuflady ogromną latarkę. Nie dowierzając, skierował strumień światła na tajemnicze stworzenia i upewnił się w przekonaniu, że w parku siedzi mnóstwo kotów. Te, które namierzył, pierzchały przestraszone więc przestał na nie świecić. Zdawało się, że po paru chwilach wszystko wróciło do normy, choć wydawało mu się, że liczba czworonogów trochę się zmniejszyła. W każdym razie wciąż tam były.
     Widział zwierzęta coraz wyraźniej. Szybkim krokiem zbliżał się do wejścia do parku, uważnie obserwując ich reakcję. Nieliczna grupka uciekła od razu gdy rozległy się jego kroki. Pozostałe wyczuły zagrożenie dopiero wtedy gdy był już całkiem blisko i załadował wiatrówkę. Rozpierzchły się na wszystkie strony, a on stracił nad sobą panowanie po pierwszym wystrzale. Celował wszędzie tam gdzie dostrzegał ruch tych obrzydliwych łap. Nie był pewien czy w jakiegokolwiek trafił i tak właściwie nie wiedział co się z nim działo. Chyba po prostu nie był w stanie znieść takiej ilości znienawidzonych miauczących kreatur z, zapewne, tonami pcheł i innego robactwa. Brudne, wychudzone szkarady- myślał o nich za każdym razem gdy pociągał za spust. Ze złości nie był nawet w stanie racjonalnie pomyśleć i starannie nakierować lufy. W szale wyczerpał wszystkie naboje ale nawet tego nie zauważył i próbował strzelać z pustym magazynkiem. Nie usłyszał krzyków i odgłosu zbliżających się kroków. Ocknął się dopiero wtedy gdy ktoś wyszarpał mu broń i pchnął go.
- Co ty wyprawiasz, pojebany jesteś, chłopie?! – Ktoś wrzasnął mu prosto do ucha i ze złością popchnął jeszcze raz, aż się przewrócił.
- Dzwoń po policję! Całkiem mu odbiło! – Zawołał ktoś inny. – Po cholerę on w ogóle strzelał?!
Amadeusz znów popadł w stan otępienia i w ogóle do niego nie docierało co się wokół niego dzieje. Wiedział jedynie, że wciąż leży na ziemi, a nad nim parę osób wrzeszczy jakby się paliło. Po chwili zeszło się więcej gapiów. Mieszkający w pobliżu zaalarmowani krzykami i wystrzałami przyszli zobaczyć co się stało. Rozległy się policyjne syreny.
Gdy rozległy się pierwsze strzały, koty od razu się zorientowały, że trzeba szybko uciekać.  Rzuciły się gdzie popadnie, zderzając się ze sobą. Pierzchały jak stado mew we wszelkich kierunkach ale mimo to nie wszystkim udało się uchylić od kul. Nadlatywały jedna za drugą jak seria bomb.
- Diobliś! Diobliś, gdzie jesteś?! – Wołała Mila, która schowała się za pobliskim krzewem. Kota nigdzie nie było widać. Ostatnie zwierzęta gdzieś zniknęły, parę bez zastanowienia wdrapało się na drzewa byle tylko uniknąć bólu.
Bała się, że coś mu się stało. Wystawiła łebek ze swojej kryjówki i rozejrzała się. Od razu zauważyła kilka kotów leżących bezwładnie na śniegu i nie uznała tego za dobry znak. Zamknęła oczy. Nie potrafiła zmusić się do poszukania wśród nich przyjaciela. Nagle poczuła się bezradna jak nigdy wcześniej. Była całkiem sama i opuściła ją odwaga. Wreszcie jednak doszła do wniosku, że nie ma na co czekać- wcześniej czy później będzie musiała sprawdzić co stało się z Dioblisiem. Na chwiejących łapach wyszła zza krzewu. Gdzieś nieopodal rozbrzmiewały krzyki i trochę ją to przerażało ale na szczęście nikt już nie strzelał. Ci, którzy przyszli szukać martwych kotów, tymczasowo zajęli się czymś innym. Uszła kawałek i nie zauważyła go nigdzie. Mimo to drżała jak osika. Poszła w prawo, nadal czujnie się rozglądając, choć żołądek miała ściśnięty z paniki. Nagle serce niemal przestało jej bić. Diobliś leżał nieruchomo na śniegu jak zapomniana szmaciana lalka. Nie ruszał się. Wokół niego rozlała się ciemnoczerwona kałuża. Mila opadła tuż obok jego martwego ciała i wtuliła się w nie. Nie wiedziała gdzie go trafiono i nawet nie chciała się dowiedzieć. Wówczas chyba umarła by z żalu. Niedługo czarne futerko stało się całkiem zimne. Mimo to wciąż tam leżała i nie podniosła się aż do świtu.
           Gazety rozpisywały się o „kociej masakrze”, jak to nazwano feralne zdarzenie. Zdjęcia martwych zwierzaków pojawiały się nawet na okładkach. W każdym artykule pisano oczywiście o niejakim Amadeuszu T. który przed dwudziestą drugą wybiegł z domu z załadowaną bronią by wyrazić swoją, jak wnioskowano, głęboką nienawiść do kotów. Świadkowie opisywali, że wpadł w szał i wyglądał jakby celował na oślep. Sam sprawca przebywał w szpiatalu psychiatrycznym na obserwacji. Nie udostępniano żadnych informacji o jego stanie psychicznym. Mila oczywiście nie potrafiła czytać ale wystarczyło, że zobaczyła zdjęcia na okładkach gazet porozkładanych za szybami kiosków by domyślła się, że o tym się mówi. I prawdopodobnie popadłaby w jeszcze większe przygnębienie gdyby nie to, co zaczęło się dziać parę dni później. Z włączonego na cały regulator radia dowiedziała się o planowaniu akcji „pomoc dla bezdomnych zwierząt.” Działające w mieście koło miłośników zwierząt postanowiło znaleźć chętnych na przygarnięcie kotów i psów żyjących na ulicach. Potencjalny właściciel musiał najpierw stawić się na rozmowę kwalifikacyjną, a jeśli stwierdzono, że będzie potrafił odpowiednio zająć się zwierzakiem, wyszukiwano takowego gdzieś w mieście. Te, które nie miały domu miały być regularnie dokarmiane. Projekt wyglądał aż nazbyt obiecująco więc nie było pewne czy uda się go zrealizować. Na szczęście wraz z upływem czasu postęp był coraz większy i akcja zaczęła cieszyć się popularnością. Raczej nietrudno było odróżnić bezpańskiego kota czy psa od tego udomowionego ale czasem zdarzało się, że podwędzono komuś pupila- na szczęście tylko sporadycznie. Ludzie przypomnieli sobie o zaniedbanej części miejskiej populacji i chętnie dorzucali kilka złotych na karmę.
           Mila bardzo tęskniła za przyjacielem. Co jakiś czas wracała do parku i kładła się dokładnie tam gdzie znalazła jego bezwładne ciało. Choć wcale nie poprawiało jej to humoru, nie mogła zostawić przeszłości tam gdzie jej miejsce. Czuła się rozdarta. Z jednej strony była dumna z Dioblisia ale z drugiej wolałaby żeby żył i wszystkie koty radziły sobie same. Nie mogła pogodzić się z tym, że dopiero gdy odszedł ktoś zainteresował się losem bezdomnych zwierząt. On też zasługiwał na to by ktoś się nim zaopiekował. Poza tym została sama- nie była w stanie dołączyć do innych kotów. Nie chciała.
           Pewnego wiosennego dnia Mila jak zawsze przechadzała się w poszukiwaniu jedzenia. Odkąd rozpoczęto akcję pomocy dla zwierząt było to znacznie łatwiejsze. Gdy jadła, zauważyła młodą dziewczynę siedzącą przed domem z kotem na kolanach. Wydawał się znajomy więc przyjrzała mu się dokładniej. Okazało się, że to kot, którego parę razy spotkali z Dioblisiem. Nigdy nie był najlepszego zdrowia więc myślała, że już od jakiegoś czasu nie żył. Tymczasem widziała jakby innego kota- zadbanego i kochanego. Wcześniej niespecjalnie interesowała się tym jak obecnie żyją koty z ulicy. Była zbyt skupiona na swoim nieszczęściu. Ale wtedy przyjrzała się aż nadto dokładnie i zrozumiała- naprawdę zrozumiała, że Diobliś nie zginął na marne. Był bohaterem i to dzięki niemu pojawiła się nadzieja. Tamtego dnia poszła na miejsce jego śmierci po raz ostatni. Najwyższy czas było przestać rozpamiętywać to, co się stało. Niedługo potem sama znalazła dom i dbającego o nią właściciela.
To, że zwierzętom musiała się stać krzywda by ktoś poświęcił im należytą ilość czasu było smutne ale za to to jak się potem nimi zajęto, wynagradzało wszystko. Czasem po prostu trzeba dać wskazówkę, by nakręcić koło dobrego uczynku. Ludzie są zagubieni- zabiegani i skupieni na sobie i swoich problemach ale nie są w beznadziejnej sytuacji. Potrzebują tylko kopniaka by odnaleźć w sobie chęć do pomocy, przypomnieć sobie o pewnych wartościach i wkroczyć na dobrą ścieżkę. Dajmy innym szansę na zrekompensowanie się i pamiętajmy, że istnieją istoty słabsze od nas, a zatem potrzebujące naszej pomocy. Jak powiedział Mikołaj Gogol, rosyjski dramaturg i powieściopisarz- „Bez pomocy bliźnich sami nie dojdziemy do niczego.”


Głosuj (0)

Goodheart. 23/12/2011 13:50:10 [Powrót] Komentuj